Kazimierz Ski Lift.

Time Runs Out dzień dwudziesty trzeci.
 
Leniwa sobota sączyła się przez pryzmat listów Beksińskiego, niczym kisiel przygotowany przez żonę, po piętnastu latach małżeństwa. Czas odpoczynku, kontemplacji i poznawania siebie przez pryzmat Mistrza. To zadziwiające jak bardzo mam zbieżne poglądy na życie, otoczenie i nas samych, nawet kot jakiś leniwy się zrobił dopominając się szarpania za uszy do tego stopnia, że zacząłem wietrzyć podstęp – cholera go wie, czy nie zadzwonił do zielonych, a teraz celowo mnie wypuszcza i zbiera haki? 😉
 
Od południa burza telefonów, sprzedali Cię? I co? Wyrzucą Cię w końcu na zbity pysk, czy dalej będziesz wkoorwial wszystkich jeżdżąc na nartach, zamiast uczciwie wziąć łopatę i przekopać rów? Nie? Nic się nie zmienia? Ci saaaami? Niesamowite! Słuchaj, mam fajną działkę w Poznaniu… nie interesuje cię? Ale w razie co to wiesz? Wiem…
 
No gratuluję! Teraz to już zarządzającym będziesz! Nie będziesz? Jak to ci się nie chce? Ty to jakiś dziwny jesteś. No jestem, bo jak sobie uświadomię, że mam się kisić w biurze i przekonywać beton, do rzeczy oczywistych, to mi się od razu odechciewa. Poza tym, nie mam czasu, bo lubię narty, bieganie, kajaki… No dobrze, ale kasa, prestiż pomyśl Rafał. Już pomyślałem. I co? Nic, jak w preambule. To co mam, mi wystarczy, kobiety mnie nie chcą, kredytów nie mam, rodziny nowej już nie założę, bo nie ma z kim, to po co? Ty to dziwny jesteś Rafał… No jestem. W każdym razie jakbyś coś słyszał, to wiesz, ja do marketingu chętnie. Dobra. To nara. Nara.
 
Gramy trochę w szachy z chłopakami, później bieżnia, łóżeczko i Beksiński. Wreszcie u siebie. Mario stuka, że jutro pobudka o 5:40, bo sztruks ma być, pogięło chłopaka, myślę sobie, ale nastawiam budzik. Kot jakiś nerwowy, zaczął mnie podgryzać, więc go opieprzyłem i oddałem się objęciom Morfeusza – stary zbok, zawsze jest na posterunku.
 
Otwieram oczy wraz z wrzaskiem budzika i już widzę, że będzie dobry dzień. Wschód słońca nad miastem tworzy z okna w mojej sypialni kinoplex 7D, bez grama ściemy. Leniwie kończę herbatę, wbijam się w cytrynę i po chwili jestem u Mario. Jego Ferrari stoi już gotowe do jazdy, pakujemy sprzęt, jest ciasno, ale jak to bywa w sportowym samochodzie, coś za coś. Moją uwagę zwracają dziwne ślady na podsufitce, dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to od obcasów. Zapuszczamy U2 Achtung Baby i urzeczeni wschodzącym wciąż słońcem, ruszamy powoli ku przeznaczeniu. Muza gra, gadka się klei, tematy stałe czyli trochę nart, polityki, kobiet, pieniędzy, nic szczególnego. Dojeżdżamy do Kazimierza, wracają wspomnienia te fajne i nie, śmiejemy się siebie nawzajem, stwierdzając, że jesteśmy dęby ale pozytywne 😉
 
Przebieramy się szybko i już po chwili skąpany w słońcu sztruks wita nas pomrygując radośnie kropelkami wody. Temperatura +1 ale od razu niemal okazuje się, że z rana jest dość twardo i szybko. Rozgrzewamy się na krótszym, ale ostrzejszym stoku, by po chwili przenieść się dalej na szerszy, ale i bardziej wypłaszczony fragment ośrodka. Zgodnie stwierdzamy, że Kazek jest numer jeden w naszej części kraju! Śnieg wyrzucany spod nart tworzy niesamowitą tęczę barw, schodzimy bardzo nisko i szybko, tak bardzo jak pozwala na to mięknący z każdą minutą biały puch, który powoli zaczyna przypominać w konsystencji cukier. Rozdzielamy się i na własną rękę pałujemy, spotykając się od czasu do czasu, żeby wymienić opinię i radość z buzujących endorfin . Nudzi mi się na orczykach, więc zaczynam pisać niniejszy tekst, dwie godziny mijają jak mgnienie oka, albo strzał z miotacza laserowego Luka Skywalkera, gdy łaskotał Dżabbę 😉
 
Pakujemy sprzęt, czas do domu, ludzi przybywa, stok zaczyna płynąć, nic tu po nas. Zastanawiam się czy nie skoczyć jeszcze na kajak po obiedzie, słońce całuję tak mocno i czule, że nie sposób się nie zakochać w tym dniu?
 
Buźka dla wszystkich 🙂
https://goo.gl/photos/j6oerg8AHKdgQRms9

Czas już…

Opuszczona chata w górach, spotkana po długiej wędrówce. Otwierasz drzwi spodziewając się pustki, a tymczasem w środku siedzi mnóstwo innych ludzi, równie zagubionych i samotnych jak ty. Z otwartymi ustami patrzysz na ich pełne radości rozmowy, na parujące kubki z herbatą, na mgłę od pary na szybach, po których powoli spływają krople rosy, niczym łzy. Patrzysz w bok, ktoś wymiotuje życiem, inny tańczy, ale widać, że ma zaciśnięte gardło, jeszcze inny udaje, że czyta jednocześnie kątem oka zerkając czy może jest tu ktoś, z kim opuści ten przybytek i zniknie w gęstwinie drzew stumilowego lasu normalności, jak ptak wypuszczony z klatki…

Siadasz z boku, nieco w kącie i próbujesz wtopić się w tłum, obserwując ten osobliwy spektakl. Widzisz to wszystko jak na dłoni, a każda z postaci grająca na scenie życia opowiada swoją historię, ale nie mówiąc, tylko patrząc. W każdych oczach niczym na dysku różowego Sony Vaio pewnej pięknej brunetki zapisany jest każdy dzień. Już widzisz, że czas nie wybiera, tylko tak czasem coś łapie za serce, gdy widzisz śmierć za życia w ciemnych jak oczy sarny, pięknych dwudziestoletnich…

Skrzypią drzwi, a do środka wtłacza się kolejny wędrowiec, staje u progu i miast schować się gdzieś krzyczy, pełnym przerażenia głosem…

Hey ! Where am I?
Czytaj dalej „Czas już…”

Porządna maszyna do pisania.

Nie mam ostatnio za grosz weny do pisania, od czasu gdy znów zostałem sam. Kurde, facet potrzebuje porządnej kobiety jak maszyny do pisania. Po co? Wiadomo, to już Bukowski napisał – żeby pisać dla niej wiersze, opowiadania, kupować jej kwiaty i tęsknić, podczas gdy ona w tym czasie w klubach, dyskotekach, domówkach i kawiarniach dobrze się bawi, piekąc kolegom ciasta, robiąc parówki na śniadanie itp. Ktoś się rodzi kurwą, ktoś księdzem jak mawiał klasyk i ma to dobre strony bo się można czasem poznać 😀 Ja tam po swojemu, zawsze pod prąd, bo się wychowałem nie na Bukowskim, tylko na Lalce Prusa, Nocach i dniach Dąbrowskiej,  poezji Stachury i kulcie kobiety jako boskiej istoty, pozbawionej wad. Jako, że bios cholernie trudno przeprogramować, tak koleboce się to moje życie, od jednej do drugiej, bo zamiast zdywersyfikować i ustawić sześć na raz odbijając się od jednej do drugiej to próbuję wmawiać sobie i światu, że to ja mam rację. Marny los mnie czeka chyba, ale niech tam, jak Stachura mawiał – i niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie. 😉 Stać mnie! A co?
Czytaj dalej „Porządna maszyna do pisania.”

Themaskator