„Żyjemy w krainie manipulacji i kłamstwa, która osiągnęła niebywały poziom. Jesteśmy jej współtwórcami, a nie bezwolnymi ofiarami. Jako artyści musimy wypracować w sobie aktywną postawę wobec świata. Nie kompromitujmy złotych myśli, bo być może są prawdziwe. Starajmy się być autentyczni i szczerzy. Bierzmy odpowiedzialność za otaczający nas świat. Nie jedzmy makaronów obsypanych chemicznym proszkiem i zalewanych wrzątkiem. Nie oglądajmy Polsatu, TVN-u i programów propagujących totalny brak inteligencji. Nie współtwórzmy takich obrazów. Nie mielmy w głowach toksycznych internetów, głupot, plotek, kłamstw, oszczerstw, dyskredytowania i ignorowania podstawowych wartości. Nie promujmy pozłotka, Las Vegas i odzierania nas z godności w stylu: zoperowałam sobie pochwę, aby odzyskać szczęście.”
No i miut!
Alternatywna rzeczywistość.
Monika wyszła przed niewielki ale bardzo przytulny dom z bali, który Rafał zbudował na niewielkim zboczu u podnóża starego, szumiącego lasu. Dziewczyna uwielbiała wręcz to miejsce, które w niesamowity sposób kojarzyło jej się z dzieciństwem. Był środek czerwca, słońce operowało wysoko dając dużo nadziei, ciepła i radości. Niewielki wiaterek owiewający jej drobną, zgrabną sylwetkę był równoważony przez ciepło kubka z herbatą, który ściskała w dłoniach siedząc na ganku. Zwisające odnogi pelargonii i innych kwiatów tworzyły dość magiczną scenerię tego miejsca. Czuła się naprawdę bezpieczna i kochana. Rafał był co prawda na polowaniu, ale za ścianą w pięknej drewnianej kołysce wystruganej ręcznie spała ich córka Liv. Gdyby Monika błądząc w ciemności jeszcze dwa lata temu pomyślała, że w końcu znajdzie bezpieczną przystań, a lęki odejdą nigdy by w to nie uwierzyła…
Przeciągnęła się dość mocno jednak odprężenie przerwał grzecznie kłaniający się sąsiad, który akurat przechodził w pobliżu jej domu. Dziewczyna zawstydziła się lekko krzywiąc twarz, bo człowiek ten spojrzał na nią akurat wtedy, gdy na jej twarzy zakwitł grymas spowodowany przeciąganiem się.
Dzień dobry Monika!
Dzień dobry panie Stanisławie, piękna pogoda dziś – zagaiła z uprzejmości starszego pana.
O tak, zresztą przy tak miłej sąsiadce zawsze jest dobra pogoda – odparł Stanisław, dźwigający dość potężną piłę, z którą wybierał się na wyręb do pobliskiego lasu.
W domu zadzwonił telefon. Monika zgrabnie podskoczyła wpadając z impetem do domu.
Halo! – nieco zachrypniętym głosem odezwała się do słuchawki starego aparatu typu Bratek.
Dzień dobry Pani, dzwonię z fundacji pomocy dzieciom autystycznym, nazywam się Rolsen. Czy możemy chwilę porozmawiać? – zaskrzeczał męski głos po drugiej stronie słuchawki.
Monika obdarzona nadzwyczajną wyobraźnią i artystycznym talentem natychmiast próbowała sobie wyobrazić jak wygląda tajemniczy nieznajomy budując jego obraz na bazie głosu…
Bardzo proszę, a o co chodzi? – spytała zaciekawiona.
Droga pani, otóż widziałem na jednej ze stron internetowych, a także w pewnym sklepiku w Kazimierzu nad Wisłą rysunki, które nadzwyczaj mi się spodobały. Ilość emocji przekazywanych przez artystę poraziła mnie do tego stopnia, że postanowiłem kupić jeden z nich a także dowiedzieć się, kto jest ich autorem – Rolsen stracił na chwilę wywód, gdyż mówił bardzo emocjonalnie i zabrakło mu oddechu…
Tak? Ale w czym mogę pomóc? – odparła Monika
Otóż droga pani, dowiedziałem się, że to właśnie pani jest ową artystką, której rysunki tak mnie urzekły. Dostałem ten kontakt nie bez przeszkód od pani męża, tylko dlatego, że wiedział iż sprawa, z którą do pani dzwonię na pewno będzie istotna. Zresztą kontakt do niego udało mi się dostać w owej niewielkiej galerii nad Wisłą.
Och, rozumiem – bardzo mi miło! – odparła Monika czując jak lekko się rumieni.
Dziewczyna nigdy nie miała wiary we własny talent, ta słabość do czasu, gdy Rafał nie podjął z nią zdecydowanej walki była przyczyną wielu problemów w życiu naszej bohaterki. Poczucie jej wartości i znaczenia dla świata w sensie wartości wyższych rosło od chwili kiedy zaczęli być razem w sposób bardzo harmonijny. Talent rozkwitł do tego stopnia, że Monika momentami pod wpływem tego jak bardzo jej obrazy dają radość odbiorcom nie dość, że zmieniła tematy, które przelewała ołówkiem na papier, to jeszcze to co przekazywała stało się jasne i pełne życia. Smutnym, zgnębionym postacią ustąpiły obrazy uśmiechniętych dzieci w ogrodzie, martwej natury, która zdawała się żyć na jej dziełach oraz życie ptaków i zwierząt domowych. Zresztą, miała swoją niewielką pracownię, którą Rafał specjalnie zaprojektował dla niej. Prawdę mówiąc to poczytywała do pewnego czasu tę jego troskę o nią jako słabość, dopóki nie zrozumiała, że to co robił było częścią większej całości, która w finale miała spowodować, że życie ich obojga ulegnie diametralnej zmianie. Zresztą ten proces się już zaczął…Monika po chwili zamyślenia wróciła do rozmowy…
Otóż, droga pani, jak wspomniałem na początku, jestem prezesem pewnego stowarzyszenia, które pomaga dzieciom. Pokazałem pani rysunki pewnym bardzo wpływowym osobom i okazało się, że ludzi ci są bardzo zainteresowani pani twórczością. W związku z tym przyszło mi do głowy, żeby zorganizować galerię rysunków jako główny event imprezy charytatywnej, która odbędzie się w Warszawie. Czy pani byłaby zainteresowana? Słyszałem, że tych rysunków jest więcej, tylko nie wszystkie chce pani eksponować?
Ojej, zaskoczył mnie pan! Proszę wybaczyć, ale nie wiem co powiedzieć, może myli mnie pan z kimś? – skromność Monika była wręcz podręcznikowa, co zresztą był jednym z elementów fascynacji jej osobą przez Rafała.
Na chwilę zapadło milczenie…
Czy słyszy mnie pani? – spytał Rolson
Tak – przepraszam, mam bardzo emocjonalną naturę i jestem zaskoczona – odparła Monika.
Rozumiem, bardzo przepraszam, że wprowadziłem panią w zakłopotanie – odparł smutnym, wieszczącym klęskę głosem Rolson.
Och nie, wszystko w porządku! A kiedy miałby się odbyć ten wernisaż? Wie pan ja mam małe dziecko no i chciałabym uzgodnić to z mężem… – odparła powoli Monika.
Rozumiem, całość będzie miała miejsce we wrześniu w Zachęcie. Będą naprawdę szacowni goście i sądzę, że pani prace spotkają się z dużym zainteresowaniem. Całość dochodu z wernisażu przekażemy dla chorych dzieci z pobliskiego miasteczka. Jest tam szkoła, która dość mocno podupadła ze względu na brak finansowania, a sądząc po zasobności portfeli naszych gości, sądzimy, że zbierzemy dość duże środki. Czyli byłaby pani wstępnie zainteresowana? – z nutką nadziei w głosie zapytał Rolson
Tak…sądzę, że tak, ale muszę to uzgodnić – odparła Monika.
Rozumiem, czy tantiemy w wysokości 50% uzyskanej kwoty z licytacji każdego rysunku byłyby dla pani satysfakcjonujące. Oczywiście gwarantujemy noclegi, oprawę no i oczywiście udział w raucie, którym chciałbym przedstawić panią naszym gościom – Rolson przeszedł do konkretów.
Panie Rolson – jeżeli jest to akcja charytatywna to ja nie chcę pieniędzy za moje rysunki. Zawsze marzyłam o tym, żeby pomagać innym ludziom, a dziś dzięki takim osobom jak pan, czy mój mąż mogę coś dla nich zrobić i coś po sobie zostawić. Będę wdzięczna, jeśli zapewni pan mi i mojemu mężowi pobyt w stolicy w czasie wernisażu. – odparła dość oschle Monika dotknięta nieco, że ktoś potraktował jej prace mocno komercyjnie.
Oczywiście! Wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Ręczę słowem. Zadzwonię w takim razie raz jeszcze w najbliższy poniedziałek i zaproszę panią na spotkanie, gdzie omówimy szczegóły przedsięwzięcia. Oczywiście rozumiem, że zajmuję się pani dzieckiem więc dostosuję czas i miejsce do pani możliwości – powiedział uprzejmie Rolsen.
Dobrze, bardzo się cieszę! – odparła Monika.
Ja też się cieszę, dziękuję za rozmowę! Było mi bardzo miło i do zobaczenia! – odparł Rolsen.
Do widzenia – Monika odłożyła słuchawkę.
Podeszła do kołyski, dziewczynka spała słodko mocno oddychając. Poprawiła kołderkę i ruszyła znów na podwórko słysząc, że ktoś wchodzi przez furtkę. To był Rafał. Podeszła do niego i przytuliła się mocno…
Coś się stało? – spytał Rafał wiedząc, że Monika kryje uczucia w środku i rzadko bywa wylewna.
Nic się nie stało. Po prostu Cię kocham Rafał! Jestem tego pewna. – odparła wtulając się mocno.
Rafał zręcznie ukrył wzruszenie. Tak właśnie zawsze wyobrażał sobie coś, co ludzie zwą szczęściem. Jeszcze raz okazało się, że tylko czyniąc dobro można zebrać równie dobre plony. Siedli na kamiennym schodku i milcząc patrzyli na zachodzące słońce. Słowa były zbędne – połączenie między nimi tak mocne, że wszelkie dźwięki poza naturą, byłyby tylko zbędnym szumem w tym wszystkim co tworzyło ich…

Siczki, Kozłów.
Wróciłem koło południa z Bieszczadów, ogarnąłem temat, który mi przeszkodził w kontakcie z naturą, przygotowałem jedzenie i… Zaczęło mnie nosić 😉 Krótka piłka i już lecę stała 40km trasą na rowerku dokumentując co się da po drodze. Piękna pogoda, jazda bez trzymanki, woda, zapach lasu – wtedy się czuje życie 🙂 Dojeżdżam na ulubiony przepust kolejowy, gdzie siadam na trawie i piję herbatę 😉 Słońce świeci, po chwili majestatycznie mija mnie skład węglarek prowadzonych przez stary dobry ET-22. Podjeżdżając do miejsca, gdzie siedzę maszynista widzi, że robię fotę i pozdrawia mnie przeciągłym sygnałem „baczność”. Podnoszę rękę zgodnie z regułą dając mu znać, że go widzę. Boże, ile ja bym dał żeby być na jego miejscu! Jak pod Otłoczynem… Tylko gwiazdy, las i nikłe światła potwora w oddali. Robota marzenie! Niestety już nie w tym wcieleniu 😉
Mija trochę czasu, zawijam się i ostro pedałuję w stronę pobliskiego zalewu, mijam go bokiem i już wpadam w leśną przecinkę. Klimat wspaniały, rześkie powietrze, zapach lasu i promienie słońca przemijające się przez gałęzie. Znacie lepszy moment do zdania sobie sprawy z tego jakim cudem jest życie? 🙂
Po drodze mijam tez parę, która schowała się w lesie celem penetracji pewnej wilgotnej i ciemnej przecinki w gajówce. Obserwuję kątem oka dziewczynę i stwierdzam, że kiepsko się wpasowuje w Golfa III ale za chwilę przychodzi mi rozgrzeszenie… A pamiętasz siebie w Maluchu? To była jazda! 😀
Wypadam z lasu, klasycznie zrzucam do telefonu trzy wiatraki, mijam drogę, która nazywam 666 ze względu na świetnie odbijające się w kartkach promienie słońca. Jeszcze tylko mały stopień wodny i już jestem w mieście. Staje na nowo budowanym wiadukcie. Obok korek blach ciągnący się do Warszawy. Patrzę na tory kolejowe i rury ciepłowniczej – jakie to wszystko wydaje mi się piękne i harmonijne. Zresztą, tu spędziłem tez trochę dzieciństwa a i endorfiny swoje robią. Przebijam się szybko przez miasto, strzelam fajną fontannę w parku z odbijającym się słońcem w wodzie, samotnego wędkarza, jakiś zachód słońca i dla Ani dla wizualizacji taflę szkła po przebiciu jej przez mój topór 😉 Wystarczyło podać mi rękę – teraz może sobie wyobrazisz to trochę łatwiej. Aby uniknąć plotek zastrzegam, że Ania to moja znajoma i ani ta dziura ani szyba nie ma z nią związku. Odstawiam rower, kask i wyłączam Perfect Life. Słucham w pętli. Nic na to nie poradzę.
Udanego wieczoru! Piszę, bo podobno niektórzy lubią czytać takie zwykłe rzeczy 🙂
Gra świateł.
Dzisiaj będzie śmiesznie bo przypomniało mi się jak przeprowadzałem swego czasu swoją konkubinę (swoją drogą to kocham to określenie) w NY, w dodatku mężatkę. Co prawda jak mnie zaczęła omamiać, to była w trakcie rozwodu ze swoim mężem katem, palaczem marychy i nałogowym alkoholikiem. 😉 Jak się w temat wkręciłem, to okazało się, że rozstanie się przedłużyło do lat dwóch, ze względu na zasobny portfel owego jegomościa o czym dowiedziałem się o pięć minut za późno. Nie wiem do końca co u niej obecnie, bo przestała mnie dość dawno nagabywać, ale zakładam, że dalej oddaje się emocjom smród marychy w całym domu plus małpki pochowane gdzie się da. Są egzemplarze naszych pięknych pań co to i „utrzymują czasem” przez dłuższy czas, jak mi wyznała pewna inna młoda dama (większość z panów dało by się dla niej pokroić, zostawiłoby Krystynę wraz dziećmi jak Kaziu Marcinkiewicz na pstryknięcie w palce a ta cholera upodobała sobie margines). Nie wiem co to za prawidłowość ale seks z takimi paniami jest po prostu przeżyciem z najwyższej półki – to tak na marginesie. 😉 Wracając do mojej konkubiny to innymi słowy, szydło jak zwykle wyszło z worka pięć minut po czasie a nie za pięć dwunasta. 😉 Człowiek samotny, kupę lat z jedną kobietą wierzył w każde słowo niczym w relikwię. W sumie, przecież ja sam zawsze dotrzymywałem słowa, to czemu tu miałoby być inaczej w tym wypadku? 😀
Jak zwykle w moim życiu, niemal wszystkie relacje z kobietami (i te epizodyczne i te dłuższe) mogłyby śmiało posłużyć za scenariusz filmowy, tu jednak było nieco dramatycznie i śmiesznie z perspektywy czasu. Jak mawiają, frajerów nie sieją, sami się rodzą – aczkolwiek z dystansu oceniam ten nasz układ jako dobrą szkołę życia dla mnie i jeden z przyczynków zainteresowania mechanizmami rządzącymi główkami naszych pięknych pań 🙂 Tak czy owak, im dalej w las, tym…bardziej ciemno.
Dostaję telefon – Misiu! Mam dość! Wyprowadzam się, ale musisz przyjechać i mi pomóc, bo ten psychopata mnie zabije a ja muszę wynieść wszystko z domu w czasie, gdy on jest w pracy. Inaczej on mnie nie puści bo będzie błagał, kupi sto róż, będzie prosił o jeszcze dwa dni, później wyjmie rewolwer i zacznie szopkę z rosyjską ruletką a ja kocham tylko ciebie i z tobą chce być 😀
Który prawdziwy facet na takie dictum nie rzuciłby wszystkiego i popędził ratować swą wybrankę z rąk oprawcy? 😀
OK, wpadam na skyskaner i łapię jakieś dziwne połączenie do NY za całe 1350 złotych w dwie strony! Bilet kupuję przez Iberię, realizuje go BAE a wracam Lotem 😀 W sumie mi pasuje, bo wówczas pojawiły się we flocie naszego wspaniałego przewoźnika Dremlinery, więc tym bardziej temat mi przypasował! Pakuję się w starego A310 na Okęciu, aby po dwóch godzinach lądować na Heathrow. Wrzucam jakieś sushi i przemieszczam się do Terminala 5. Ostre trzepanko jak zwykle na transatlantyk i już jestem w środku B777. Przechodzę na koniec samolotu, klepię zawsze tak zwany shit place przy toalecie na końcu samolotu, bo są tam tylko dwa fotele a ja nie lubię jak mi ludzie łażą po nogach, więc nawet trzask drzwi od owego przybytku nie przeraża mnie szczególnie. Naglę widzę w przejściu zator i szumek tłumu…O Jesus, what the hell? Patrzę a tam dość duża pani zaklinowała się między fotelami i szarpie się mocno z walizką blokując przejście. Pot płynie jej po skroni a ludzie syczą. Szybka decyzja, przeskakuję drugim rzędem między fotelami, upycham jej walizkę w luku i pomagam usiąść…Pani z wyraźną ulgą żegna mnie powtarzanymi wielkorotnie God bless you, God bless you. OK, no problem, teleportuję się na swoje miejsce, wpinam słuchawki w telefon, wyjmuję książkę i zatapiam się w fotelu klasy turystycznej 😀 Nagle ktoś delikatnie dotyka mnie za ramię, zdejmuję słuchawki a tu śliczna stefka w obcisłym ubranku BAE pyta mnie czy nie miałbym ochoty na darmowy upgrade do klasy pierwszej, bo byłem taki miły dla tej pani i w ogóle 😉 Oczywiście nie protestuję i resztę lotu spędzam w znakomitym towarzystwie, bo przypadkiem całkiem blisko mnie leci nie kto inny tylko…Sting 😀
Wysiadam na JFK, wychodzę z terminala i już czuję jej zapach i smak, to wspaniałe uczucie, gdy rzuca mi się w objęcia a ja tonę w jej włosach wąchając je zaborczo! Jeszcze chwila, moment…mija godzina a ja stoję 😀 Dzwonię, nie odbiera. Dobra myślę sobie, wychodzę na postój, krótka kolejka i już siedzę w vanie, który mknie w kierunku miasta. Co się okazuje, kierowcą taksówki jest…Rosjanin, który lepiej mówi po Polsku niż po Angielsku, co nie zmienia faktu, rzeczy że zupełnie nie orientuje się, gdzie jest wskazany przeze mnie adres! 😀 Na Manhattan z JFK jest fixed rate za taryfę, więc wisi mi tak naprawdę jego zakłopotanie ale, że jest 23:30 a mnie się kleją oczy mam po chwili dość. Opieprzam go ostro i każe się wysadzić przy przystanku metra w okolicy Ground Zero. Uff…oddycham spokojniej kiedy czuję nowojorskie powietrze i huk wentylatorów od klimatyzacji. Wsiadam w metro a później w pociąg i po godzinie jestem w hotelu.
Dzwoni moja baby…przepraszam kochanie, ale nie mogłam wyjść po Ciebie na lotnisko bo mnie szarpał i groził mi. Jesteś na miejscu? To dobrze skarbie, jutro pokaże Ci notatkę z policji, że nie kłamię 😀 Haha – od pół roku jej mówiłem, żeby się wyprowadziła, bo ją w końcu ten koleś przefastryguje a szkoda by było takiej ładnej buźki. Co zrobić – argumenty logiczne nie docierają do pewnych główek a ja nie mam ochoty na fortele, bo jestem już tym wszystkim zwyczajnie zmęczony. Rano czekam na nią w kafjece przy Ground Zero, jem śniadanie, kawa – jest spox. Mija 11ta a jej nie ma 😀 Dzwonię – przepraszam kochanie zaspałam. Już pędzę! Robię jej zjebkę i czuję, że coś tu nie gra 😉 Trudno, skoczę sobie do Jersey na koncert Bon Jovi w razie co, bo akurat się ma odbyć…Mija kolejna godzin a i widzę ją. Podchodzi do mnie i wtapia się we mnie. Oczywiście na chwilę tracę koncentrację i pozwalam się ponieść diabelskiej mocy 🙂
Plan jest prosty. Nie ma mowy o przeprowadzce profesjonalnej, bo po pierwsze za dobra dzielnica, żeby nikt się nie zorientował, po drugie całego dobytku jest jakieś 20 kartonów w tym torebek za 300tys. złotych, które tamten miś w dowodzie wdzięczności pani zakupił, do tego trochę butów ( o tym później, bo to właśnie główny katalizator tego, że mi się to przypomniało) o wartości jakichś 100tys. no i hit sezonu czyli…pierścionek zaręczynowy od Tiffanego, który to za całe 100tys. papierów ów miś kupił w dowód swej dozgonnej miłości. Czemu to wspominam? Bo pani kiedyś stwierdziła, że jeśli myślę poważnie o relacji z nią to muszę go przebić 😀 😀 😀 Oczywiście temat wyśmiałem sugerując zakup pierścionka na odpuście 😉 Ludzie to mają pomysły, co nie?
Żeby nie przedłużać, bo takich historii mogę walić bez liku 😉 łapię na rogu taryfiarza w vanie i proszę, żeby wezwał kolegę bo trochę gratów będzie to transportu. Jedziemy razem na dół Manhattanu, po chwili zjawia się druga taryfa, dość duży Jeep. Moja baby wychodzi z domu wynosząc torby a my we trzech wpadamy i zaczynamy nosić pudła. Trochę dziwnie się czuję widząc w kiblu czyjeś przybory do golenia, syf nie z tej ziemi, ręczniki czarne…kątem oka zauważam w sypialni zdjęcie mojej baby przy łóżku wraz ze swym ślubnym. Siłą rzeczy przychodzi mi do głowy – chłopie! Ale dałeś się wkręcić! Zobacz co Ty robisz! Może to porządny facet? Ech…jak wspomniałem. Pięć minut po czasie a takie dziewczyny mają doskonałe wyczucie chwili 😉
Kończymy wynosić graty i oba samochody ruszają ostro w kierunku nowego apartamentu mojej baby 😉 To trochę inne obszary Manhattanu ale nadal dość dobra, schludna dzielnia, portier na dole itp. Wnosimy graty i zaczyna się… układanie pudełek z butami 😀
Cała ściana w jednym z pomieszczeń do szafa a w tej szafie od sufitu do podłogi układamy…buty. Każda para w osobnym pudełku i osobnym specjalnym woreczku. Ponieważ trochę nam schodzi jestem zmuszony wysłuchiwać historii każdej z nich 😉
Zobacz Miś! Te na wyprzedaży w Macys dostałam miesiąc temu! Dwa i pół tysiąca dolarów kosztowały a ja je wyjęłam za osiemset! Czujesz Miś qrwa! Za osiemset!!!!!
Nie chciałem jej psuć humoru bo wiem, że w US cena regularna służy tylko i wyłącznie temu, aby frajer przepłacający za metkę poczuł się lepiej mając wrażenie, że zrobił mega biznes. Na końcu robię zdjęcie tej ściany. Tam jest ze trzysta par. Oczywiście wszystko kupił ten biedny facet nie zdający sobie zupełnie sprawy z prawdziwej natury swojej lady :/ Ech…
Wieczorem wpadamy na Broadway, wspaniałe przedstawienie, jestem urzeczony Upiorem w Operze i tu następuje zgrzyt. Pani zmusza mnie niemal siłą do zakupu jakiegoś debilnego foldera z płytą DVD za niemal trzysta baksów. Tu nie chodzi o to,że mnie nie stać czy jej żałuję ale to jest qrwa lekka przesada dać za kawałek papieru i plastiku 1200 złotych! 😀 Oponuję i ostro mówię, że nic z tego! I wtedy się zaczyna! Wyzwiska, wypominania – trzymam gardę, łapię taryfę…w środku ciąg dalszy. Są straszne korki więc jedziemy dość długo, w końcu moja baby nie wytrzymuje mojego spokoju i próbuje mnie uderzyć. Stawiam blok ale na to reaguje taryfiarz hamując ostro. Odwraca się i mówi…
Albo ją uspokoisz albo wypierdalaj z samochodu!
To na chwilę opanowuje krewki temperament mojej pani i spokojnie już docieramy do jej domu. Wysiada, nie chce się z nią pożegnać, zwalniam taryfę i idę do metra. Nagle słyszę krzyk….
Rafał! Rafał!!!! Poczekaj! Dopada mnie i rzuca mi się w ramiona! Przepraszam, kocham Cię nie wiem co się ze mną dzieje itp.
Załatwiam ją dość chłodno i odchodzę. Rano mam samolot do kraju. Przyjeżdża do mnie wieczorem, jest bardzo gorąco…rano jedziemy razem metrem – ja na lotnisko, ona do pracy. Wysiada na jakimś łączniku przytulając mnie mocno. Mówię…wiesz, że widzimy się po raz ostatni? Tak wiem…Trzymaj się Rafał…
Siadam w fotelu Dreamlinera i dopiero wówczas czuję co się stało. Kolejne dwa lata życia jak krew w piach…
Różowa mgiełka na Okęciu i wprost z lotniska na spotkanie biznesowe. Daję radę choć ciężko się skupić. Wieczorem kładę się spać w domu, mimo że czuję jet lag. Rano na telefonie 40 nieodebranych…
Życie.

