„Chariots of fire.”

O porannym zmroku, 2 kwietnia 1982 roku wojska argentyńskie dokonały inwazji terytorium brytyjskiego na niewielkich, wulkanicznych wyspach położonych na południowym Atlantyku. Mowa oczywiście o Falklandach/Malwinach, które to stały się zarzewiem konfliktu między koroną, a pobliską juntą wojskową rezydującą w Buenos Aires. Stan gospodarki argentyńskiej, ciągłe szykany wobec społeczeństwa, polityka zamordyzmu, doprowadziły niemal do wrzenia. Co mówią stare książki, gdy jest problem wewnątrz i nie da się go rozwiązać? Należy poszukać wroga na zewnątrz i odwrócić uwagę tłumu. Tak też zrobił Leopoldo Galtieri, ówczesny dyktator kraju Gauchos. Doszedł do wniosku, że zajęcie spornego terytorium przywróci mu status władcy w macierzystym kraju, da jego rodakom powód do dumy, a także umożliwi dalsze rządzenie dzięki przekazowi – jest ciężko, ale przecież prowadzimy wojnę w słusznej sprawie. Ryzyko wyglądało na niewielkie, bo znaczenie owych wysp geopolitycznie dość małe, Wielka Brytania czasy świetności imperium ma już dawno za sobą, odległość 16000 mil morskich, bliskość stałego lądu i macierzystych baz wojskowych…Galtieri miał kiepskich doradców.Manipulacja to najstraszniejsza broń współczesności…

Brytyjski garnizon w Port Stanley złożony z około 80 żołnierzy (w tym 57 z elitarnego oddziału SAS) broni się kilka godzin przed liczniejszym, około 600 osobowym oddziałem Argentyńczyków złożonych głównie z poborowych, zadaje im stosunkowo spore straty przy braku własnych. Sytuacja jest niestety beznadziejna, wobec czego z Westminster przychodzi zaszyfrowana depesza z rozkazem kapitulacji. Nad Port Stanley łopocze niebiesko biała flaga ze słońcem w środku, zostaje wprowadzony stan wyjątkowy, zajęta lokalna rozgłośnia radiowa, która do końca wysyła w świat komunikaty o agresji, na lotnisku lądują pierwsze samoloty typu IA-58 Puccara oraz odrzutowce Super Étendard mogące przenosić bardzo groźną i nowoczesną broń w postaci rakiet przeciw okrętowych Excocet (pocisk typu fire and forget), mogące razić cele w odległości do 70km od samolotu nosiciela. Trafienie okrętu przez taki pocisk, przy ówczesnym stanie techniki zapobiegania jest niemal pewne, tak samo jak fakt, że cel zostaje wyeliminowany z dalszej walki (potężna głowica konwencjonalna zawierająca 165 kilogramów trotylu). Pociski te stanowią poważny problem dla dowództwa Royal Navy, nie trzeba chyba wspominać jaki efekt miałoby trafienie jednego z dwóch będących wówczas w służbie lotniskowców, mających na pokładach samoloty pionowego startu typu Harrier. Korona straciłaby możliwość reakcji a wyspy na zawsze przeszłyby pod władanie argentyńskiej junty.

Ówczesna premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher , zwana Żelazną Damą niemal natychmiast podejmuje decyzję o odzyskaniu wysp siłą, mimo akcji mediacyjnej ze strony Ronalda Reagana, prezydenta Stanów Zjednoczonych. Decyzja zapada 2 kwietnia o 19:30 a za kilka dni z portów macierzystych UK wychodzi flota Royal Navy, której trzon stanowią dwa lotniskowce HMS „Invincible” oraz HMS „Hermes” mające na pokładach łącznie 54 samoloty pionowego startu typu Harrier, uzbrojone w bardzo nowoczesne wówczas amerykańskie pociski typu powietrze-powietrze AIM-9 Sidewinder, które odegrały decydującą rolę w walce o przewagę powietrzną z siłami powietrznymi Argentyny, operującymi z baz lądowych. Do floty wypływającej z portów Wielkiej Brytanii dołącza armada stacjonująca w Gibraltarze i cały zespół operacyjny rusza w misję obarczoną ogromnym ryzykiem, której szanse powodzenia ocenia się na 30%. Szykująca się bitwa będzie decydować o statusie Anglii jako światowego mocarstwa. Ogromnym problemem jest lotnisko zlokalizowane na Falklandach, z którego mogą operować argentyńskie samoloty myśliwsko bombowe typu Super Entendar uzbrojone we wspomniane Exocety a także starsze maszyny typu A-4 Skyhawk oraz rodzimej produkcji IA-58 Puccara o napędzie turbośmigłowym. W niekorzystnych okolicznościach może okazać się, że brytyjska misja ekspedycyjna zostanie zmieciona z powierzchni morza zanim dotrze do celu. Wyeliminowanie tego lotniska z użytku staje się kluczowe dla powodzenia akcji. Rozważane są różne opcje, taki jak akcja żołnierzy SAS i wysadzenie pasów startowych, dywersja lokalna a nawet atak samobójczy. Ogromną przeszkodą jest odległość, Wielka Brytania posiada ciągle co prawda przeniesione do rezerwy bombowce strategiczne typu Avro Vulcan, ale żaden z nich nie był projektowany do uderzeń konwencjonalnych, poza tym awionika tych maszyn przypomina to co było używane w czasie ostatniego konfliktu światowego a tu wymagane jest precyzyjne bombardowanie wąskiego skrawka lądu. Decyzja zapada natychmiast – „uruchamiamy” operację zbombardowania Port Stanley, której zostaje nadany kryptonim Black Buck. Stare wciąż piękne, niszczejące maszyny , zbudowane w układzie kaczki gniją na pasach startowych, odstawione do rezerwy. Zostają przejrzane, gorączkowo wymieniane są liczne elementy eksploatacyjne, maszyny mają 22 lata, ale są sprawne. Awionika opiera się na analogowych instrumentach, podobnie jak urządzenia nawigacyjne, czy celowniki. Kompletowane są załogi oraz planowane treningi w nalotach konwencjonalnych. Smaczku sprawie dodaje fakt, że Vulcan w zasadzie nie nadaje się do takich akcji, bo w założeniu miał wtargnąć w przestrzeń powietrzną wroga, zrzucić ładunek nuklearny i szybko się oddalić. Precyzja była sprawą wtórną, jako cel ćwiczebny została wybrana szkocka wysepka Garvie, co stało się natychmiast obiektem protestów ekologów, jako że była ona zamieszkana przez mewy, które ginęły setkami :/ RAF odpowiedział oficjalnie, że żal im ptaków ale są sprawy ważniejsze. Równocześnie załogi trenowały tankowanie w powietrzu za pomocą skompletowanych na szybko i zmodernizowanych elementach układów paliwowych umożliwiających pobieranie paliwa w locie. Kluczową rolę w planie miały wziąć latające cysterny typu Handley Page Victor, które tankując się wzajemnie oraz przekazując paliwo do Vulcanów miały decydujący wpływ na powodzenie operacji. Tankowanie w powietrzu jest dość skomplikowanym manewrem, nawet w doskonałych warunkach pogodowych a tymczasem nad południowym Atlantykiem należało się spodziewać silnych turbulencji. Załogi szykowały się na śmierć, żegnając się z rodzinami i pisząc testamenty. Flota inwazyjna jest już w drodze a lotnictwo strategiczne wciąż nie osiągnęło stanu gotowości. Cel w postaci pasa startowego w Port Stanley miał zaledwie 40 metrów szerokości a trafienie weń przy użyciu analogowych celowników pamiętających drugą wojną światową stanowiło nie lada wyzwanie. W tym samym czasie Brytyjczycy zaczęli gromadzić dane wywiadowcze na temat argentyńskiej obrony przeciwlotniczej w Port Stanley. Nie wyglądało to dobrze, ustawione zostały nowoczesne baterie pocisków przeciwlotniczych typu SeaCat oraz francusko-niemieckiej produkcji typu Roland. Całość uzupełniały szwajcarskie, szybkostrzelne działka typu Oerlikon. Zakładano, że misja skończy się fiaskiem, w najlepszym razie pojmaniem zestrzelonych załóg, zatem przekazano lotnikom ostatnie instrukcje przed lotem:

„Pamiętajcie, że jeśli będą was pokazywać w telewizji, to mówiąc prawdę drapcie się w lewy policzek. Jeśli zmuszą was do mówienia kłamstw drapcie się w prawy.”

29 kwietnia 1982 roku dwa Vulcany dowodzone przez poruczników Martina Withersa i Johna Reeve’a wystartowały z bazy Waddington i po ośmiu godzinach lotu dotarły na Wyspę Wniebowstąpienia leżącą na środku Atlantyku, niemal dokładnie w połowie drogi między Afryką, a Ameryką Południową. Ta wulkaniczna wyspa będzie stanowić główną bazę wypadową brytyjskich sił uderzeniowych. Rano 30 kwietnia rozpoczęły się przygotowania do misji. Na pokłady każdego z dwóch Vulcanów wyznaczonych do wykonania zadania załadowano po 21 tysiąc funtowych bomb pamiętających jeszcze Adolfa Hitlera oraz gorączkowo tankowano Victory, które na odcinku ośmiu tysięcy kilometrów miały zaopatrywać misję w paliwo. W akcji miało wziąć udział aż czternaście latających cystern, cel był bardzo ważny. Skoro Port Stanley znajdowało się w zasięgu brytyjskich bomb, to także…Buenos Aires. Efekt odstraszania to bardzo ważne narzędzie w czasie międzynarodowych konfliktów.

29 kwietnia 1982 roku w bazie na Wyspie Wniebowstąpienia odbyła się impreza, suto zakrapiana alkoholem. To personel naziemny żegnał bohaterów idących na śmierć…Nikt nie mówił nic o misji, wszyscy wspominali dom, rodziny, żony i dziewczyny, które zostały w kraju. 30 Kwietnia wieczorem dwa bombowce strategiczne typu Vulcan wzbiły się w powietrze kierując się w asyście 14 tankowców typu Victor w kierunku Argentyny. Główne zadanie spoczywało na maszynie pilotowanej przez porucznika Johna Reeve’a. Bombowiec porucznika Martina Withersa stanowił zabezpieczenie – miał towarzyszyć głównemu wykonawcy przez 4 godziny, a następnie wrócić do bazy, jak w życiu stało się dokładnie inaczej. W głównej maszynie doszło do rozszczelnienia okna, co groziło dekompresją i zamarznięciem załogi w czasie lotu, zatem dowództwo operacji podjęło natychmiast decyzję o powrocie samolotu numer jeden i zastąpieniu go maszyną dowodzoną przez porucznika Withersa…Reeve wściekły wrócił do bazy a w tym czasie Withers przygotowywał się do pierwszego tankowania w powietrzu. Z ogona Victora wysunął się niewielki lejek, w który załoga Vulcana w czasie lotu miała trafić. Udało się, Vulcan spijał cenną benzynę lotniczą niczym spragniony beduin na pustyni. Kolejne tankowania nie poszły już tak gładko, bo cała ekipa dostała się w strefę turbulencji i burz, niemniej jednak walcząc ze sterami dowódcy bombowca wciąż udawało się uzupełniać paliwo.Ostatnie tankowanie miało miejsce około 300 mil przed celem. Martin Withers połączył się z cysterną pilotowaną przez Boba Tuxforda i rozpoczął pobieranie paliwa. Po chwili ku swojemu zaskoczeniu zobaczył dwa czerwone światła na kadłubie cysterny sygnalizujące, że za chwilę tankowanie zostanie zakończone.

– Co? Już??? – krzyknął z niedowierzaniem obserwując wskaźnik. Pobrał 7 tysięcy funtów paliwa zamiast spodziewanych 32 tysięcy. Wystarczy mu do celu, ale co potem?

Nie wiedział, że Bob Tuxford – pilot Vixctora nie mógł mu podać więcej. Okazało się, że latające cysterny same spalały więcej paliwa, niż się spodziewano. Dał Vulcanowi maksymalną ilość zostawiając sobie tyle, by móc wrócić na Wyspę Wniebowstąpienia. Doleciał na nią cudem, o mało nie wodując na Atlantyku.

Martin Withers musiał podjąć najważniejszą decyzję w życiu. Przerwać misję, wyrzucić bomby do morza i wracać do bazy, czy kontynuować nalot? Spojrzał na czterech pozostałych członków załogi. – Skoro dolecieliśmy aż tutaj, to nie możemy wracać – zdecydował i rozpoczął zniżanie w kierunku celu. Reszta załogi podniosła kciuki w geście akceptacji decyzji dowódcy. Byli gotowi na śmierć, byleby wykonać zadanie!

Dalszy lot odbywał się nad samą powierzchnią wody, co jest niesamowicie nużące z racji ogromnej prędkości i szybko umykającej powierzchni morza. Jest to jedyny sposób na uniknięcie wykrycia misji przez argentyńskie radary! Nawigator melduje problem – jego instrumenty podają różne dane, także nie może ustalić dokładnej pozycji bombowca. A musi to zrobić, bo inaczej bomby spadną poza lotniskiem, na przykład na domy w Port Stanley. Operator radaru wpatruje się w zielonkawy ekran. Nic!!! Na tej wysokości, na której lecą radar niczego nie pokaże. Muszą wznieść się wyżej. To jednak oznacza, że zostaną wykryci przez argentyńskie radary.

Trudno, trzeba podjąć ryzyko. Martin Withers podrywa bombowiec do góry i po chwili na ekranie radaru pojawia się zarys wyspy. Jednocześnie rozlega się pisk alarmu – zostali namierzeni przez Argentyńczyków. Czy za chwilę w ich stronę pomkną rakiety i pociski?

Nie pomkną. Służbę przy radarze na lotnisku w Port Stanley pełni młody argentyński oficer. Widzi Vulcana na ekranie radaru, ale bierze go za swój samolot. Przecież to niemożliwe, żeby był to Brytyjczyk!

Vulcan gwałtownie wspina się na pułap 10 tysięcy stóp. Do celu pozostało sześć minut lotu.
Na minutę przed celem otwierają się klapy komory bombowej. Operator radaru uważnie wpatruje się w ekran i trzyma palec na przycisku zwalniającym bomby.

Teraz!

Z bombowca wysypuje się dwadzieścia jeden owalnych kształtów i leci w kierunku lotniska. Załoga Vulcana słyszy serię stłumionych wybuchów. Bomby dziurawią pas startowy, uderzają w budynki i niszczą argentyńskie myśliwce, ginie kilku żołnierzy z obsługi lotniska. Vulcan wspina się w górę, skręca na północ, a z ziemi ścigają go pociski z dział przeciwlotniczych, każdy z kolorowych koralików może okazać się ostatni. Na szczęście żaden z nich nie trafia…

Whiters znów jest nad oceanem unikając serii argentyńskich pocisków smugowych, które przenikają powietrze nad Port Stanley. Wyspa obudziła się i strzela do samotnego Vulcana z czego tylko się da, pilot wkładając cały kunszt piotażu stara się unikną przecinających powietrze pięknych, kolorowych paciorków, z których każdy może być ostatni! Znowu lecą nad oceanem, tym razem wzdłuż wybrzeży Argentyny i Brazylii. Nagle na pulpicie operatora systemów elektronicznych rozbłyskują lampki alarmów. Znowu ich ktoś namierza.

Ale kto?

Okazało się, że wykryły ich radary brytyjskich okrętów wojennych zmierzających w stronę Falklandów. Martin Withers rzucił w eter hasło „Superfuse”, oznaczające powodzenie misji. Wiadomość natychmiast dotarła do brytyjskiej floty, do bazy na Wyspie Wniebowstąpienia, oraz do Londynu.

Ale to nie był koniec kłopotów. Vulcan leciał już dosłownie na oparach paliwa, a na horyzoncie nie było widać śladu powietrznego tankowca. Jeśli nie pojawi się za kilka minut czeka ich smutny koniec misji w falach Atlantyku. Członkowie załogi wyciągnęli sprzęt ratunkowy i przygotowywali się na najgorsze.
W ostatniej chwili spotkali latającą cysternę i uzupełnili paliwo. Po kilku godzinach wylądowali na Wyspie Wniebowstąpienia, gdzie czekało ich gorące przyjęcie.

Zaczerwienione ze zmęczenia oczy pilotów Vulcana z niepokojem obserwowały pomarszczoną powierzchnię oceanu. A więc taki ma być koniec ich misji? Po wielogodzinnym locie i wykonaniu arcytrudnego zadania mają wodować pośrodku oceanu? Ciężki bombowiec leciał już dosłownie na oparach paliwa. Jeśli w ciągu kilku minut nie pojawi się latająca cysterna to silniki obetną i czeka ich śmierć w odmętach oceanu.

Nawigator sięgnął po jasnożółtą paczkę zawierającą nadmuchiwaną łódkę dinghy. Pozostali członkowie załogi wydobyli kamizelki ratunkowe i położyli obok foteli. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że szanse odnalezienia ich na bezkresnym Atlantyku są bliskie zeru.

Nagle przez owiewkę kabiny przeleciał jakiś cień. Tuż nad nimi pojawił się olbrzymi kształt powietrznego tankowca.

Napięta atmosfera w kabinie Vulcana prysła jak bańka mydlana. Lotnicy zaczęli ściskać sobie dłonie i poklepywać po plecach jak chłopcy z drużyny piłkarskiej po zdobyciu mistrzostwa szkoły.

Operator systemów elektronicznych wyjął przenośny magnetofon, włożył do niego kasetę i nacisnął „play”. Ciasną przestrzeń wypełniły dźwięki „Chariots of fire” Vangelisa. Czy już wszystko jasne? 🙂 Chwała bohaterom!

Empty Your Mind.

Trójkąt Karpmana.

Klika słów o czymś, co w psychologii zwie się Trójkątem Karpmana. Jako, że niemal każdy z nas znalazł się w jego zasięgu, często nieświadomie ale za to boleśnie, to myslę, że warto pochylić się nad tym tematem i spróbować sobie uświadomić, że wszystko co robimy to zwykłe powielanie schematu. Przy pisaniu tego tekstu posilałem się materiałem zgromadzonym na www.psychcentral.com oraz www.choiceconflictresolution.com
 
Spróbujmy się zastanowić w jaki sposób możemy wyjść zaklętego kręgu czegoś co zwie się Trójkątem Karpmana. Schemat ten jest typowy dla większości niezdrowych relacji międzyludzkich często opartych o manipulacje i pranie mózgów, na które narażone są szczególnie osoby wybitnie empatyczne. Pamiętaj proszę zawsze, że to nie z Tobą jest coś nie tak, tylko z kimś, kto wykorzystuje Twoja wrażliwość. Czym jest temat naszych dzisiejszych rozważań, pozwolę sobie przedstawić na rysunku załączonym do tekstu. Opisywane zjawisko jest jednym z modeli relacji międzyludzkich, dość powszechnych we współczesnym świecie. Dlaczego? Otóż w bardzo ścisły sposób łączy się ono z rozpadem rodziny oraz faktem, że minimum połowa ludzi wychowuje się w rodzinach dysfunkcyjnych zasilając szeregi DDD (dorosłe dzieci dysfunkcyjne). Swego czasu czytałem niezłą książkę Erica Berne zatytułowaną W co grają ludzie? (elementarz) i zauważyłem, że Karpman i Berne w podobny sposób definiują schemat, z tym że ten pierwszy nie wdaje się w szczegóły tylko definiuje role człowieka w tym schemacie, dzieląc jest bardzo prosto na:
 
Prześladowcę
Ofiarę
 
Ratownika
 
Jak wiemy, głównym motorem naszego działania w życiu są deficyty i tak osoba czująca brak pieniędzy będzie walczyć o wejście w ich posiadanie, jak już je zdobędzie pojawi się potrzeba akceptacji i bliskości, bycia potrzebnym itp. (piramida potrzeb Maslowa). Gdyby nie deficyty i potrzeba ich wypełnienia świat nie wyszedłby z epoki kamienia łupanego, innymi słowy jesteśmy dość prymitywnymi organizmami, kierującymi się instynktami, za którymi idzie pozorna inteligencja i racjonalizacja działań, które jednak zawsze fundamentalnie są sterowane przez popędy. Przykro mi…
Ogólne definicje w trójkącie Karpmana wizualizują jedynie poszczególne role, jakie „gra” człowiek będąc w poszczególnych fazach schematu, i tak prześladowca nie jest typowym oprawcą czy ulicznym stręczycielem, Ofiara nie jest osobą realnie pokrzywdzoną w przestępstwie czy osobą z tendencjami masochistycznymi. Z kolei Ratownik to nie bohater z ulicy, który wyciągnął niemowlę z pożaru. Ważne dla zrozumienia tematu jest uświadomienie sobie, że działania w poszczególnych rolach nie mogą być rozpatrywane indywidualnie, tylko zawsze w odniesieniu do osób trzecich. Prześladowcą jest ten, który wyrządza krzywdę Ofierze albo na nią naciska, Ratownikiem jest osoba interweniująca w sprawie Ofiary. Ofiara to osoba odczuwająca realną krzywdę ale także każdy kto wchodzi w rolę Ofiary, lub postrzega się w ten sposób. Role w schemacie zmieniają się dynamicznie i niekoniecznie w chronologicznej kolejności, wszystko zależy od charakteru osoby drugiej będącej w relacji. Zdarz się nawet czasami, że w ramach tego samego związku ludzie dynamicznie zamieniają się rolami w zależności od aktualnej konfiguracji układu. Trzeba też pamiętać, że taka relacja jest zawsze dysfunkcyjna, często bardzo intensywna, charakteryzująca się dużą dynamiką uczuć, wstrząsów emocjonalnych i dramatu. Warto też pamiętać, że do trójkąta Karpmana wystarczą dwie osoby a każda z nich pełni w tym samym czasie wyłącznie jedna z trzech dostępnych ról wymienionych przeze mnie wyżej. Spróbujemy teraz opisać poszczególne role, bo to umożliwi przeanalizowanie motorów działania w każdej z tych sytuacji.
 
Ofiara
Jedną z głównych cech osoby będącej Ofiarą w trójkącie jest zaspokajanie własnych potrzeb poprzez wykorzystywanie innych osób do ich spełnienia. Wyróżniającą postawą w tej roli jest obwinianie innych za osobiste niepowodzenia w życiu oraz angażowanie się w gry transakcyjne jak „dlaczego ty nie…, tak ale” oraz „nie mogę tego zrobić, ponieważ” (Berne – W co grają ludzie). Ofiara jest targana emocjami Podatnego/Potrzebującego Dziecka oraz Wściekłego/Buntowniczego Dziecka (wariacje jednej z ról Analizy Transakcyjnej). W efekcie, raz odczuwane są bezradność i beznadzieja, by za chwilę popaść w trans bachora. Innym zachowaniem, w które Ofiary się angażują, jest prowokowanie innych do prześladowania. W sytuacji, gdy nikt nie ulega prowokacji, albo nie ma typowego Prześladowcy w pobliżu, Ofiary wchodzą w rolę Krytycznego Rodzica (znów Berne)) i podtrzymują swoją rolę przez samo-obwiniania się, by móc czuć się pokrzywdzonym. Z perspektywy Ofiary, inni wyglądają albo brzmią jak Ratownicy, albo Prześladowcy. Ofiara ogranicza się do takiego postrzegania, by utrwalać się we własnej roli, poprzez wykorzystywanie Ratownika w walce z Prześladowcą, co w efekcie zapewnia wzajemną zależność w Trójkącie.
 
Ratownik
Mechanizmem Ratownika jest nieustający lęk przed porzuceniem, który skłania ich do przywiązania się do Ofiary ,aby czuć się potrzebnym i bezpiecznym. Z punktu widzenia samych Ratowników, zauważają oni, iż inni nadzwyczaj chętnie przychodzą do nich z własnymi problemami, jednocześnie nie wiedząc czemu tak się dzieje. Ratownik funkcjonuje poprzez podświadome wpędzanie Ofiary w bycie ofiarą, oraz na budowaniu wzajemnej zależności – dzieję się tak gdyż Ratownik rozwiązuje problemy Ofiary zamiast pozwolić jej na samodzielne doświadczenie rozwiązania własnych problemów. Esencją bycia Ratownikiem jest egzystencja „wszystko dla innych”. Osoba wchodząca w tę rolę dbała najczęściej w dzieciństwie o (albo starała się zadowolić) „zranionego” rodzica poprzez spełnianie jego potrzeb nieświadomie wdając się w odwrócenie ról dziecko-rodzic. Dorosły Ratownik znajduje jednostki, w których widzi znamiona Ofiary i na które może projektować własne Podatne Dziecko. W przypadku identyfikacji z Ofiarą, Ratownik czuje się zobowiązany by wkroczyć i „ratować” albo „naprawiać” problemy. Ten mechanizm odzwierciedla chęć zaspokojenia potrzeb własnego Podatnego Dziecka u Ratownika. W efekcie kompulsywne dbanie o potrzeby innych jest naprawdę zachowaniem samolubnym i dążeniem do zaspokojenia własnych potrzeb. Częstą fiksacją Ratownika jest także wchodzenie w rolę Krytycznego Rodzica, choć nie w sposób uzewnętrzniający się. Typową manifestacją wejścia w tę rolę może być podświadome wysyłanie sygnałów do Ofiary, „Nie martw się, wiem, że jesteś nie kompetentny i potrzebujesz mnie bym się tobą zajął”. Ratownik widzi innych w kategoriach Ofiar albo Prześladowców i odczuwa obowiązek wstawiania się za Ofiarami by bronić je przed Prześladowcami.
 
Prześladowca
Kolejnym uczestnikiem łańcucha jest Prześladowca. Zachowanie i postawa Prześladowcy są nacechowane całkowitą koncentracją na sobie. Uwypuklnienie Prześladowcy objawia się bezwstydną wrogością i szorstkim traktowaniem innych bez większych skrupułów. Pierwotnie, Prześladowca projektuje swojego Krytycznego Rodzica na innych w bardzo widoczny i odczuwalny sposób, np. „Jeśli ci wszyscy ludzie tylko robili to co ja, świat byłby lepszym miejscem”. Prześladowca typowo niweluje w sobie Podatne Dziecko i wypycha tę postawę ze świadomości. W konsekwencji, Prześladowca agresywnie reaguje na zachowania Ofiary przypominające albo uwalniające wewnętrzne Podatne Dziecko. Wściekłe i krytyczne postawy wobec Ofiary są podświadomym odegraniem mechanizmów użytych by stłumić własne Podatne Dziecko. Tym samym, Prześladowca projektuje własne Podatne Dziecko na Ofiarę, prześladując ukrycie siebie, a nie Ofiarę. Innym stanem częstym u Prześladowcy jest wejście w rolę Wściekłego/Nieposłusznego Dziecka wyrażające się poprzez zwroty jak: „Gdyby nie ty, nie musiałbym się tak czuć/zachowywać”. Funkcją tego zachowania jest bycie ukrytą ofiarą aby zrzucić winę na Ofiarę za utratę kontroli nad sobą. W oczach Prześladowcy inni należą albo do Ofiar albo Ratowników a Prześladowca czuje zobowiązanie, żeby ich „naprostować”.
Główny problem w trójkącie wynika ze zmieniania ról, gdyż są one Postawami Przetrwania wyuczonymi w dzieciństwie poprzez obserwację rodziców, albo w celu zaspokajania własnych potrzeb. W rodzinie funkcjonującej w ramach trójkąta dziecko musiało się szybko wyszkolić w zmienianiu ról aby dostosować się do członków rodziny lub dbać o swoje potrzeby.
 
W dorosłym życiu wymienność ról służy tylko podtrzymywaniu bądź pogłębianiu zależności w relacjach wewnątrz schematu. Kombinacji wymienności ról jest wiele i są one ściśle związane z zaburzeniem patologicznej relacji między uczestnikami trójkąta lub ich potrzeb. Przykładowo, w przypadku gdy sprawy nie idą po myśli Ratownika i traci on swoją „ofiarę”, możliwe jest wejście w dwa scenariusze. Po pierwsze, Ratownik może uzewnętrznić niespełnione potrzeby i wepchnąć osobę w rolę Ofiary tymczasowo reagując jak Prześladowca mówiąc np.: „Nie możesz sobie poradzić nawet z takim prostym problemem, co z ciebie za pożytek?”. Po drugie, Ratownik może próbować wpychać w rolę Ofiary kogoś kto nie zachowuje się jak Ofiara poprzez chwilowe wejście w ukrytą postawę Ofiary by wywołać poczucie winy, „Patrz jak muszę się tu poświęcać i wszystkim zajmować!”, albo „Ja tylko próbuję pomóc i w ten sposób mi dziękujesz!?”.
 
Jedynym sposobem na przerwanie zaklętego koła trójkąta Karpmana jest zdanie sobie sprawy z faktu, że to co robimy z naszym życiem jest zwykłym odgrywaniem roli z dzieciństwa. Uświadomienie sobie, że powielamy wzór jest kluczowe do opuszczenia tego niszczącego dla nas i otoczenia układu. Jeśli czujesz się jak ofiara, jest bardzo możliwe, że w Twoim otoczeniu przebywa osoba, która akurat odgrywa rolę kata a poprzez manipulację stara się odtworzyć schemat, wykorzystując Cię jako element podświadomego przedstawienia. Jeśli zauważasz taki działanie, to pół biedy, bo to znaczy, że prawidłowo identyfikujesz patologię relacji i możesz reagować, jednak musisz pamiętać, że trzeba utrzymywać wobec kata neutralna postawę, nawet jeśli czujesz się atakowany, bądź naciskany nie przyjmuj postawy obronnej, bo tylko wzmożesz atak wpisując się w schemat. Pomoce mogą być neutralne zwroty typu „być może masz rację”, „ciekawy sposób myślenia”, „nie mniej jednak…”, chodzi o uniknięcie za wszelką ceną „podpięcia” się do tematu.
 
W przypadku czucia się jak ofiara należy przede wszystkim nauczyć się brać odpowiedzialność za własne życie i przestać obwiniać środowisko zewnętrzne za własne porażki. Spróbuj przekształcić wściekłość w determinację w realizowaniu wybranego celu np. przebiegnięcia maratonu, zrobienia doktoratu itp. Jeśli czujesz,że bierzesz na siebie zbyt dużo odpowiedzialności w relacji wycofaj się pozwalając innym działać indywidualnie, nawet jeśli wprost widzisz, że prowadzi ich to do katastrofy. Musisz zaakceptować, że ludzie muszą brać odpowiedzialność za swoje życie, a Ty nie możesz ich uchronić przed ewentualnym fuckupem, bo człowiek uczy się niemal wyłącznie przez doświadczenie! Poza tym wyręczając ludzi dla ratowania ich wysyłasz podświadomie wiadomość do nich, że są w pewien sposób niepełnosprawni!
 
Powstrzymaj się zawsze od obwiniania, krytykowania, oskarżania, karania, nadzorowania – w zamian za to, staraj się być neutralny i spróbuj zapytać siebie, jak możesz rozładować tę sytuację? Ostatecznie zrezygnuj z jakiejkolwiek interakcji jeśli czujesz, że żadne asertywne podejście nie działa. Nic jesteś w stanie NIC zrobić z tym członkiem w sensie pozytywnym, bo on jest na etapie, gdzie jego życiem rządzą wyłącznie podświadome, prymitywne mechanizmy. Daj mu szansę nauczyć się na błędach i jednocześnie ochroń siebie. W anglojęzycznej części stron związanych z psychologią relacji mamy często do czynienia z terminem FOG, co znaczy Fear, Obligation, Guilt co możemy przetłumaczyć jako Strach, Zobowiązanie, Wina. Jeśli w jakimkolwiek etapie relacji międzyludzkich czujesz, któryś z tych z tych stanów to na 90% jest to relacja dysfunkcyjna i nie dotyczy to wyłącznie układu mężczyzna – kobieta tylko również np. przyjaźni, pracy itp. Musisz zdać sobie sprawę z faktu,że jesteś pod wpływem manipulatora, który najprawdopodobniej podświadomie realizuje zakodowany program. Czy jesteś w stanie zmienić wykonywany program w komputerze? Nie a nawet jeśli tak, to poprzez wyłączenie mu zasilania. Tu musisz zrobić to samo…odciąć się.
 
Pozdrawiam serdecznie.
Rafał Skonecki
12472404_1659967224290777_5116470777588188497_n
Themaskator