Ten plakat pojawiał się wielokrotnie w czasach początków fejsbuka na stronach prowadzonych przez egzaltowane nastolatki, najczęściej okraszony jakimś cytatem dotyczącym niespełnionej miłości itp. Obraz ten na tyle mnie zafrapował, że zacząłem szukać jego historii, tym bardziej, że dziś oglądając po raz tysięczny Polskie Drogi zauważyłem, że wiesza go na ścianie filmowy, krakowski fotograf Białas w czasie gdy Władek Niwiński przychodzi sobie zrobić zdjęcie do lewych, okupacyjnych dokumentów.

ChatGPT poległ od kopa powielając jakieś głupoty na temat tego obrazu, na szczęście szukając sam znalazłem autora i jest nim Pan Adam Karaś, znakomity krakowski fotograf a data powstania tego dzieła to 1964 rok. I teraz ciekawe czy Janusz Morgenstern celowo wplótł losy wyimaginowanego fotografa Białasa w historię Pana Karasia, czy był to zwykły przypadek? Chyba jednak nie… 🙂
Za Dziennikiem Polskim:
Kiedy przechodziło się ulicą Szewską, konieczny był krótki postój przed kamienicą noszącą numer 12. Tam, w domu należącym do pana Płonki (tak, tego Płonki, zegarmistrza genewskiego, jak głosił stary szyld), mieściła się pracownia fotograficzna Adama Karasia.
Jeszcze wtedy, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, witryny fotografów przyciągały wzrok. W mrowiu legitymacyjnych zdjęć, wśród upozowanych fotografii gabinetowego formatu wisiały oprawione w ramy maturalne tableaux. Na górze spore zdjęcie dyrektora szkoły, poniżej nieco mniejsze nauczycieli, a jeszcze niżej – absolwentów. Chłopcy z szyjami uwięzionymi w krawatach, dziewczęta w białych bluzkach. Jednak przed pana Karasiową witryną nie zatrzymywano się, aby oglądać ten powszedni fotograficzny banał. W pana Karasiowej witrynie nad nocnym Krakowem, nad Sukiennicami i Wieżą Ratuszową, unosiły się wielkie, szeroko otwarte oczy, a napis na fotografii głosił: „Miasto śpi, ja szukam ciebie”.
Oglądając fotomontaże, nazywane przez niego fotoratu-rami, spieraliśmy się, czy pan Karaś jest Nikiforem czy też raczej Chagallem fotografii. A może po prostu poczciwym kiczownikiem, tak naiwnym, że aż uroczym? Jednak najdziwniejszy, najbardziej oryginalny był sposób fotografowania uprawiany przez fotografa z Szewskiej.
Atelier mieściło się w mrocznym, wielkim mieszkaniu, a jego wyposażenie dzisiaj wyglądałoby wręcz mu-zealnie. Pan Karaś usadzał klienta, odpowiednio go oś-wietlał – i zaczynało się! Ruszał adapter, a mistrz Karaś zaczynał mówić. Każdemu serwował inną melodię, inną opowieść. Mnie kazał iść przez zamglone, poranne Planty, po nocy szalonej i biesiadnej. Nagle otworzyło się klasztorne okienko i wyjrzała z niej blada twarz młodej zakonnicy, dziewczyny, którą uwiodłem i porzuciłem…
Był też pan Adam znakomitym gawędziarzem. Przy szarlotce, pachnącej, jak Pan Bóg przykazał, cynamonem opowiadał o swoim życiu. O czasach przedwojennej inflacji, kiedy codziennie dostawał wypłatę i zanim zdążył dojść do sklepu Baty, wymarzone buty uciekały w niedostępną dla niego cenę. O zdjęciach niemieckich urzędników, wojskowych i gestapowców, dostarczanych podziemiu. I o benedyktynce, zacnej przedwojennej benedyktynce, którą z przyjacielem popijali na początku okupacji. Tak bardzo rozsmakowali się w tym znakomitym likierze, że aż przyjaciel pana Adama spóźnił się na wykład w Collegium Novum. Kiedy przyszedł – a przecież z Szewskiej do neogotyckiego gmachu UJ tylko rzut kamieniem – ciężarówki z aresztowanymi pracownikami naukowymi już odjechały. Dowodzi to – twierdził pan Adam – że nigdy nie należy wstawać od stołu, dopóki w butelce znajduje się przynajmniej jedna kropla…
Historia ta kropka w kropkę wpisuje się w scenariusz akurat tego odcinka, na który powołałem się na początku tego wpisu! Niesamowite są takie odkrycia po latach 🙂
Jeśli ktoś może napisać coś więcej na ten temat to będę kontent.
Rafał
