Moralność sytuacyjna.

Pewna część moich nielicznych czytelników od lat pamięta pewnie krótki felieton, gdzie pochyliłem się nad tak zwanym dylematem wagonika. Temat tak oklepany, że nie warto w ogóle go ponownie poruszać, dla przypadkowych gości napiszę tylko tyle, że dotyczy on podejścia zwierząt zwanych ludźmi do decyzji czy w razie konieczności wyboru uśmiercić jednego lub wielu towarzyszy niedoli w zależności czy problem dotyczy naszego bliskiego czy nie. Dziś pozwolę sobie trochę pomarudzić na temat zjawiska, które kiedyś dość zaściankowe dziś przybrało formę powszechności i jaki ma ono wpływ na życie codzienne homo sapiens?

Zacznijmy może od tego, że zjawisko nie jest nowe i towarzyszyło ludziom na ziemi, tej ziemi od zarania dziejów, nie mniej jedak nigdy nie było tak powszechne jak w czasach socjal mediów i tindera. Z pozoru schemat jest naturalny (co nie znaczy, że ludzki) bowiem promuje przetrwanie własnych genów, ale czy ludzie 2.0 czyli moi czytelnicy mogą przejść wobec tego tematu obojętnie? Chyba nie xD

Moralność sytuacyjna (lub etyka sytuacyjna) to podejście do moralności, które odrzuca uniwersalne, stałe zasady na rzecz oceny czynów w kontekście konkretnej, indywidualnej sytuacji. W tej koncepcji to, co w jednej sytuacji jest moralnie dopuszczalne, w innej może być naganne, ponieważ o moralności decydują okoliczności, a nie sztywne reguły.”

Homo scrollensis – czyli rzecz o utracie kręgosłupa

Pewna część moich nielicznych czytelników zapewne pamięta krótki felieton, w którym zająłem się słynnym dylematem wagonika. Temat dziś już tak zgrany jak kawa z ekspresu w korporacyjnym open space’ie, że powrót do niego grozi ziewaniem – niemniej wspominam go nie bez powodu. Otóż ludzka zdolność do decydowania, kogo poświęcić, by ratować innych, była kiedyś traktowana jako interesujący eksperyment myślowy. Dziś… to właściwie codzienność, tylko nikt tego nie nazywa po imieniu. A może nie chce?

Dziś marudzę. Ba, dzisiaj to wręcz zamierzam pokrzyczeć – choć w granicach przyzwoitości felietonowej. Bo oto przed nami zjawisko, które jeszcze dekadę temu uznalibyśmy za przejaw skrajnej ignorancji, a dziś uchodzi za normę społeczną, do której trzeba się dostosować, by nie wypaść z obiegu. Mówię o wszechobecnym odklejeniu – o tej przedziwnej, jakby symbiotycznej relacji człowieka z ekranem, która z biegiem lat przekształciła się w coś więcej niż uzależnienie. To już nie nałóg. To styl życia.

Nie chodzi tylko o to, że ludzie więcej patrzą w ekran niż na twarz rozmówcy. To już było. Dziś jesteśmy świadkami nowego etapu ewolucji społecznej – etap „homo scrollensis”. Istota ta nie reaguje na bodźce spoza ekranu, a jeśli już reaguje, to poprzez reakcje nabyte w social mediach: śmiech bez radości, oburzenie bez myśli, łapka w górę bez aprobaty. Jej empatia zależy od tego, czy ktoś nagrał dramat w pionie i dodał chwytliwy opis. Dziecko tonie w rzece? Owszem, dramat. Ale jeśli nie ma z tego relacji live, to czy to w ogóle się wydarzyło?

Zresztą, wracając do wagonika – dziś nie ma dylematu. Nie decydujemy, czy pociąg pojedzie w lewo, czy w prawo. My go po prostu ignorujemy, bo w tym czasie akurat przeglądamy memy albo oglądamy „live cooking z bunkra w Donbasie”. Wybór? Nie, dziękuję. Algorytm już wybrał za nas. Przetrwanie najbliższego? Tylko jeśli wcześniej pojawił się na naszej tablicy.

Zjawisko to – odklejenie emocjonalne i intelektualne – nie jest już tylko domeną wybranych. Ono się rozlało. Spowszechniało. Przeniknęło do relacji rodzinnych, pracy, edukacji. Kiedyś dziecko pytało ojca o sens życia, dziś wpisuje to w ChatGPT. Kiedyś sąsiadka zapukała, by pożyczyć cukier, dziś pisze pasywno-agresywny komentarz pod postem o cieście. Komunikacja zredukowana do minimum, refleksja zepchnięta na margines, a decyzyjność oddana w ręce sztucznej inteligencji lub jeszcze gorzej – influencerów.

Nie jestem technofobem. Sam korzystam. Ale jeśli mamy mówić o „człowieku myślącym” – to gdzie on się podział? Gdzie się ukrył ten gatunek, który niegdyś potrafił zatrzymać się na spacerze, by kontemplować dylemat moralny, a nie sprawdzać powiadomienie z aplikacji do liczenia kroków?

Pytanie na dziś nie brzmi już: „czy przekierować wagonik?”, tylko: „czy w ogóle ktoś zauważy, że na torach leży człowiek?”.

A może – i to już myśl najgroźniejsza – może to my wszyscy już tam leżymy?

Czy zdrada to zdrada, jeśli nikt się nie dowie? Czy przemoc słowna to przemoc, jeśli miała dużo reakcji „haha”? Czy kłamstwo to kłamstwo, jeśli pasuje do naszej narracji? Odpowiedzi nie są już związane z sumieniem, lecz z algorytmem.

I tu właśnie warto zadać pytanie: czy człowiek 2.0, czyli mój  czytelnik, może przejść obok tego tematu obojętnie?

Chyba nie. xD

Choć „xD” to dziś często zamiennik głębszej refleksji – coś jak uśmiech zakłopotania, który ma przykryć moralną pustkę. Bo przecież łatwiej wrzucić ironię niż przyznać, że zgubiliśmy kompas. Dylematy wagonikowe już nas nie interesują, bo wagonik jedzie, a my zamiast patrzeć na tory – nagrywamy reelsa z ironiczną miną.

I może właśnie w tym rzecz – że moralność sytuacyjna przestała być narzędziem rozumnego człowieka, a stała się usprawiedliwieniem dla każdego, kto nie chce być odpowiedzialny za swoje decyzje. Bo „to była trudna sytuacja”, „byłem pod presją”, „nie miałem innego wyjścia”, „wszyscy tak robią”.

A może to nie moralność sytuacyjna, tylko etyczne lenistwo w nowym opakowaniu? Coś jak dieta pudełkowa dla sumienia – gotowe odpowiedzi, ładnie podane, bez potrzeby gotowania refleksji.

No ale przecież każdy jest inny, prawda? Każdy ma swoją prawdę. Każdy ma swój kontekst. I nikt nie chce być oceniany według „sztywnych reguł”. Tylko… jeśli nie ma reguł, to po czym rozpoznać, że jesteśmy jeszcze ludźmi, a nie tylko bio-avatarami naszych socialowych person?

pozdrawiam

Leniwy Rafał xD

 

Themaskator