Barter.

„Co do barteru, to zawsze u ludzi mamy do czynienia z nieuświadomioną sytuacją handlową: ty mnie to, ja tobie tamto i liczy się zawartość „portfela” obu stron, ale mnie (podkreślam: mnie!!! – bo nie jestem Luter i nie stawiam TEZY) ten zakres handlu i na tym obszarze ludzkiej aktywności zdecydowanie nie odpowiada. Bez trudu znaleźć go mogę w każdej lepszej agencji towarzyskiej, a nawet na trasie pod lasem. Ja chciałbym (jeśli już koniecznie musimy korespondować na te tematy z pism dla kobiet) budzić u partnerki taką samą emocję, jaką ja sam odczuwam, a tego nie da się skłamać, nawet w wypadku „biernej” fizjologii kobiety. No, chyba że jest ona gerontofilką, którą w dzieciństwie dmuchali tatuś, wujkowie i dziadzio, co doprowadziło u niej do tzw. skrzywienia stereotypów dynamicznych. Wbrew opowieściom, jest raczej niewielka liczba takich osób, natomiast ogromna liczba 18-20 letnich panienek z prowincji, które przyjechały do Warszawy po karierę w przekonaniu, że dobry Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu wyposażył je na kilka lat w kartę kredytową pod spódnicą, której głupotą byłoby nie wykorzystać, zanim upłynie termin jej ważności. Zazwyczaj są to osoby nierozbudzone emocjonalnie i traktujące te sprawy instrumentalnie, jako stopnie do kariery. No cóż. Poznałem kilka takich osób i byłem im zawsze życzliwy – jako iż z reguły życzę ludziom dobrze, niemniej jednak akurat nie o tym marzył zgrzybiały dr Faust.”

Zdzisław Beksiński

 

Świata po prostu nie ma.

„Na złe myśli nie ma sposobu, ani męskiego, ani damskiego. Żyję w ich utoczeniu i pod ich ciężarem, od kiedy pamiętam. Można powiedzieć, że zawsze miałem i nadal mam wyłącznie złe myśli. Można jednak także powiedzieć, że jest, jak jest, niezależnie od tego, co sobie o tym myślimy. Myśli to tylko nasza opinia: mogą mieć znaczenie i siłę sprawczą na ograniczonym obszarze, w którym jesteśmy w stanie coś zmienić, jeśli jednak w gównianej kondycji naszej zmienić się niczego nie da, to stan, który nazwać można by stanem dobrych myśli i nadziei na poprawę, jest złudzeniem takim samym, jak stan diametralnie przeciwny. Ja osobiście stosuję jak do tej pory skuteczne remedium (czyli zagłuszanie), wyobrażając sobie, że moja praca i doskonalenie w niej, mają jakiś sens. Nie wiem więc, jaka byłaby konsekwencja utraty prawej ręki lub oczu. Czy dałbym jeszcze radę zbudować sobie kolejną fikcję sensu istnienia, czy jest na to już za późno, bo życie zbliża się do kresu. Zawsze na deser nadchodzi ten moment, że leży się w szpitalu pod kroplówką lub respiratorem, oczekując już tylko końca. Dla kogoś pozornym sensem istnienia jest rodzina. Dla kogoś sport lub uroda. Biegacz lub modelka stają przed tym samym problemem już w kwiecie wieku (o ile w ogóle są zdolni do autorefleksji, a nie należą do istot, które Witkacy określał jako: takie coś, co zaledwie wie, że jest, a i to nie bardzo). Myślałem w młodości (jeden z pomysłów) o takim filmie krótkometrażowy, w którym świat na oczach jakiejś staruszki zaczyna się materialnie rozpadać: ucieka powietrze z opon, wypadają szyby z okien, osypuje się tynk z ścian, ale potem rozsypują się i ściany, w końcu widać tylko poruszające się fale oceanu gruzu (nie było jeszcze animacji komputerowej, więc planowałem, by robić to spychaczami) i tylko ta babcia zostaje i we mgle pyłu chodzi trochę bez sensu, jątrząc niewidzącymi oczyma. Otoczenie i świat nieustannie i na naszych oczech ulegają destrukcji, ale ponieważ w miejsce rozpadającego się wyrasta nieustannie nowe, wydaje nam się do czasu, że nic się nie zmienia i dopiero w jakimś momencie widzimy, że destrukcja dotyczy także nas. Aby więc panią rozweselić: moja znajoma z Krakowa, chciała początkowo wychowywać swoje dzieci bez religii, ale w końcu poszła po rozum do głowy i uświadomiła sobie, że za taki non-konformizm mamusi, zapłaci w szkole przede wszystkim dziecko. Poszła więc z synkiem na jakąś wstępną lekcję do kościoła, ale lokalnemu księdzu akurat w tym dniu odbiło na efekty specjalne, więc znienacka z taśmy zagrzmiało, a potem rozległ się głos z zaświatów, który poinformował zebranych o czekającym Sądzie Ostatecznym. Znajoma po powrocie do domu udzieliła dziecku zgodnych wprawdzie z ortodoksją, ale bardziej usystematyzowanych wyjaśnień na temat Sądu Ostatecznego i końca świata, bo dzieci myślą bardziej konkretnie, niemniej jednak u 6-latka pojawiły się problemy egzystencjalne i w nocy miał sen albo wizję, która wywołała u niego atak histerycznej paniki. W wizji tej, na tle piorunów i błyskawic, pojawił się wielki 10-metrowy teletubiś i ogłosił grzmiącym głosem, że świat się właśnie kończy, a wy wszyscy umrzecie. Owoż ten mistyczny teletubiś, przyszedł, jak widać, wczoraj i do Pani. No cóż: to jedno więcej złudzenie. Myślę, więc mnie nie ma. Jest myśl, nic więcej. Takie mniej więcej motto wypisałem sobie przy sztalugach. Zarówno autorzy komiksowego filmu „Matrix”, jak i autor scjentystycznego „Solaris”, cofnęli się przed konsekwencją tego, co przyszło im do głowy, lub raczej nie czuli się na siłach, by sprostać zadaniu, a tymczasem wiedzieli o tym już przed setkami lat buddyści:

Świata po prostu NIE MA. Jest złudzeniem. To, z czym obcujemy, to tylko nasze wyobrażenie. Amen. Koniec kazania.”

Zdzisław Beksiński

 

Koszmarna samotność.

„Rozmaici ludzie do mnie przychodzą, ale tak naprawdę odczuwam coraz częściej koszmarną samotność. Większość moich rówieśników-przyjaciół, albo nie żyje, albo coraz głębiej pogrąża się we mgle sklerozy. Czasami czuję się jak w balii na środku spokojnego jak jezioro oceanu, którego horyzont łączy się z szarym niebem. Nikt nie woła. Nic, nikt, nigdzie, nigdy. Koniec. Jak to powiada lud: zdechniesz jak pies pod płotem. Sam. Jak widać, nawet w umieraniu potrzebna jest człowiekowi widownia, a jak tu zagrać przed pustą, lub nawet niekoniecznie pustą, ale obcą widownią, która mówi innym językiem. Ja tu umieram, a na widowni nie ma ludzi, lecz siedzą same fotografie.”

Zdzisław Beksiński

Przemijanie.

„A co ja mam powiedzieć o przemijaniu? Ile mi jeszcze zostało? Wszystko wpada do jakiejś dziury. Nie myśmy to pierwsi zauważyli. Marność nad marnościami, wszystko to marność. Nawet jeśli ktoś z nas zapisze się w pamięci zbiorowej, to na jak długo i przede wszystkim, po co? To jak sen we śnie. To porównanie też już kilkakrotnie wymyślono od nowa i zawsze tak samo. No, ale trzeba wracać do rzeczywistości, remontować, malować, kupować kolejne aparaty cyfrowe, powiększać lub zmniejszać cycki, zazdrościć innym, że jeszcze nie zjedli przydzielonego im kotleta pod nazwą życie. Na niektórych dopiero oczekuje na talerzu. Jakże wspaniale pachnie! Natomiast my, otumanieni alkoholem podanym litościwie przez pomocnika kata, stoimy pod szubienicą i nawet nie warto wymyślać i wypowiadać ostatnich słów, bo nikt z zajętych konsumpcją nie słucha. Ale im też nie ma czego zazdrościć. Będzie z nimi to samo co z nami. Albo napchają się po dziurki od nosa i wyrzygają to, co zjedli, albo będą sobie odmawiać i potem z żalem patrzeć, że niezjedzone zgniło. Wszystko to marność. Nie ma na nią skutecznego sposobu.”

Jakub Robot.

Wybiło właśnie południe, kiedy do jednego z żołnierzy „Robota” trzymającego wartę na skraju lasu podbiegł młody chłopak.
 
Muszę…szybko…do…komendanta – rwał zdanie z wysiłku
 
Porucznik „Jakub Robot” leżał właśnie na pryczy, kiedy do szałasu wpadł zdyszany goniec…
 
Panie komendancie! „Huragan” nie żyje, Niemcy palą…wieś! Jest posłaniec… – wyrzucił urywanym głosem wartownik
 
A to skurwysyny! – „Robot” zaklął siarczyście pod nosem
 
Dawaj tu tego gońca! – warknął do żołnierza
 
Prowadzą go panie komendancie, ledwo dobiegł, pół żywy, nie wiem czy coś powie – odparł żołnierz
 
Alarm w obozie! – ryknął Robot
 
Chłopakom nie trzeba było dwa razy powtarzać, to było karne wojsko mimo, że leśne, na polanie natychmiast zrobił się ruch, chłopaki tylko w spodenkach, opaleni wyglądali bardziej jak plażujący harcerze niż wojsko, ładowali granaty i gorączkowo sprawdzali broń – wszyscy czuli, że kroi się coś poważnego…
 
Robot wyszedł z szałasu niekompletnie ubrany, przyprowadzono właśnie gońca ze Smrekowa, pojawili się też inni oficerowie zgrupowania „Dobosz” i „Kmicic”. Goniec był pół żywy, ledwo trzymał się na nogach a zmęczenie i strach powodowały, że wyglądał jak śmierć na chorągwi. Chłopak miał może 14-15 lat…
 
Siadaj i pij – powiedział „Robot” podając mu menażkę
 
Chłopak pił tak szybko, że resztki wody wylewały mu się kącikami ust. W końcu odstawił menażkę i szarpanym głosem chaotycznie zaczął mówić…
Ja niewiele wiem, pasłem krowy, sąsiad przybiegł i kazał mi lecieć do pana komendanta, bo Niemcy w wiosce, palą i rabują…Jak wybiegałem to widać było dym – dodał po chwili.
 
Ilu ich było? – zapytał „Robot”.
 
Nie wiem, widziałem trzy ciężarówki, osobówkę i motocykl…aha i sąsiad mówił, że ludzi pakują na samochody – odparł chłopak.
 
„Robot” zastanawiał się czy zdążą? Do celu mieli jakieś 6 kilometrów przez las, jak ludzi biorą to jest szansa, zajmie nam to minimum pół godziny jak nie lepiej…i jeszcze sprzęt – pomyślał
 
Trzeba spróbować – odparł „Kmicic” widząc wahanie dowódcy
 
„Dobosz”, zostajesz w obozie, wraz z trzema ludźmi. Reszta idzie z nami – stanowczym głosem rzucił robot w kierunku oficera.
Rozkaz! Bylebyście zdążyli! Szkoda czasu… – odparł „Dobosz” już mniej regulaminowo
Oficerowie wyszli przed szałas, zgrupowanie stało w dwuszeregu. Właściwie zgrupowanie to za dużo słowo, bo do dyspozycji „Robot” miał około czterdziestu chłopaków…
 
„Zabili Huragana” – powiedział
 
Szmer rozszedł się wśród oddziału „Allana” czyli ludzi z dywersji warszawskiej, tam wszyscy znali „Huragana” i byli z nim zżyci..
 
Biegniemy na pomoc, może zdążymy – krzyknął „Robot”
 
Trzech chłopaków pobiegło przodem na zwiad a reszta leśnych ruszyła ostro przez las. Do przebiegnięcia mieli około sześciu kilometrów, był wrzesień, ale pogoda wyjątkowo słoneczna i temperatury dobijały do 25 stopni. Na początku biegło się całkiem dobrze, jedynie „Wąs” dźwigający lufę od cekaemu miał trochę gorzej niż reszta. Po około dwóch kilometrach dopadło chłopaków zmęczenie, pot lał się strumieniami, koszule przyklejały się do pleców, gorące powietrze zatykało płuca…Nagle od strony lizery lasu dobiega pierwszy łącznik…
 
Są! Ładują ludzi na ciężarówki! – krzyczy tak, że wszyscy żołnierze to słyszą.
 
To dodaje sił, i mimo skrajnego wyczerpania każdy dostaje swoisty zastrzyk adrenaliny, który pozwala biec dalej. Dwa miesiące temu tak samo biegli do Michniowa i…nie zdążyli. Niemcy spalili żywcem ponad 200 osób…
 
Wreszcie jest, skraj lasu, chłopaki zaprawieni w boju sprawnie zajmują pozycje, „Wąs” z „Sołtykiem” szybko rozkładają cekaem polskiej produkcji wzór 1926 na licencji Browninga. Broń nieco przestarzałą, ale cholernie celną i skuteczną. W niewielkiej odległości od głównej „artylerii” oddziału szybko rozkładają się erkaemy również z radomskiej fabryki broni a także zrzutowa „elemgieta”. „Robot” przez lornetkę obserwował to co inni widzieli gołym okiem…
 
Niewielki spadek terenu i dwieście metrów dalej dantejski teatr, gdzie właśnie zaczynał się ostatni akt…Środkowa ciężarówka pełna mieszkańców wioski, dwie pozostałe żandarmów, oficerowie obok Opla Kapitana spokojnie palili papierosy. Żołnierze śmiali się i dowcipkowali tak głośno, że echo odbijało się od lasu. Naraz w tę palbę różnych dźwięków wbił się jeden tak okropny i przerażający, że chłopakom aż serca zabiły mocniej. Dwóch żołdaków ciągnęło po ziemi młodą kobietę za włosy, motocyklista kopnął pedał rozrusznika, oficerowie wsiedli do osobówki…
„Wąs” nie patrzył w kierunku wsi tylko obserwował jak wryty rękę dowódcy. Niech tylko machnie…
 
Uwaga! Ogień rozpoczyna broń maszynowa i długa. Bić po ciężarówkach i osobówce – ludzie muszą uciec! – „Robot” półgłosem wydał polecenia.
Nerwy powoli ustępowały skupieniu, przyrządy celownicze skoncentrowane na samochodach żandarmów ani drgnęły, szczęk przeładowywanej broni został zagłuszony przez silniki uruchamianych samochodów.
Znak „Robota” do otwarcia ognia zbiegł się w czasie z przeraźliwym krzykiem katowanej kobiety…
 
Dudnienie cekaemu prowadzonego pewną ręką „Wąsa” przykryło zupełnie jazgot erkaemów a pojedynczy strzały „kabeków” zupełnie znikły w ogólnej palbie. Chłopaki pruli z pełnych magazynków, z całej jak najdłuższej taśmy, wysyłając w stronę wroga po 400 pocisków na minutę z jednej lufy. Nad dolinką latały fragmenty oporządzenia Niemców, resztki mundurów, wszędzie widać było leżące postaci w zielonych mundurach. Różowa mgiełka wyraźnie wskazywała, że pociski leśnych nie trafiały w próżnię…
 
Opel Kapitan wraz z trzema dowodzącymi oficerami w środku ruszył gwałtownie do przodu, jednak „elemgieta” „Jacka” dopadła go, pociski przebijały drzwi i okna, wreszcie trafiły na zbiornik z paliwa, krótki błysk i dwie płonące postacie zniknęły pomiędzy zabudowaniami. Trzeci z oficerów został w samochodzie już na zawsze…Cała ta kanonada trwała może minutę…
 
„Robot” znów machnął ręką, ogień w jednej chwili ucichł…
 
Teraz na zimno mógł sprawdzić efekty działania swoich żołnierzy…jedno było pewne – ostatni uciekający chłopi zniknęli po przeciwnej stronie dolinki kryjąc się w lesie, na ziemi leżało w bezruchu kilkanaście ciał, kupa amunicji oraz resztki oporządzenia. Wokół słychać było wołania…”Hilfe…Hilfe…”
 
Znów okazało się, że zaskoczenie jest bronią, która pozwala osiągnąć założone cele mimo pozornie słabszej pozycji, w tym wypadku zaś pomóc zwykłym ludziom…
Wtem zza pryzmy kamieni w dolince odezwał się Bergmann a na głowy chłopaków posypały się odstrzelone gałązki igliwia. Za chwilę zza budynku zajazgotał inny…to był dobry żołnierz, po takiej łaźni w mig opamiętał się, zajął stanowiska i…próbował nawiązać walkę!
 
„Robot” miał już wydać rozkaz do odwrotu, kiedy to nagle dopada do niego „Allan” i nieomal krzyczy z błyskiem w oczach…
 
Panie komendancie! Zaatakujemy! Tam tyle amunicji, broni, prowiantu! – w oczach „Allana” widać ogień.
 
Zaatakować? Na tym pochylonym terenie? Toż wbrew wszelkim zasadom! Wystrzelają nas jak kaczki? – „Jakub” jest dobrym oficerem i w lot potrafi ocenić szanse powodzenia, nie mniej jednak „Allan” kusi…
 
Dobrze chłopaki! Atakujemy! – łamie się w końcu „Robot”
 
Podrywa się cała drużyna „Allanowców”. To Warszawiacy, ludzie zaprawieni w konspiracji, znaleźli się w lesie bo w stolicy zostali spaleni. Wyszkoleni, odważni i gotowi na wszystko!
 
Hurraaaa! – wrzasnęli i wyskoczyli z lasu wprost na opadającą ku dolince łąkę.
Chłopaki pędzili co tchu, nagle „Allan” zobaczył z przerażeniem, że ziemia gotuje mu się pod nogami. Pierwsza myśl – chłopaki wyrzucają kamienie spod butów! Ale nie…ziemia gotowała się od niemieckich pocisków. Żandarmi walczyli o życie…o swoje życie!
 
Naraz wyforsowany do przodu „Szczerba” zwinął się w pół, fiknął kozła i znieruchomiał, dwóch chłopaków od „Allana” natychmiast skoczyło mu na pomoc, w chwilę później „Gryf” twardo upadł na ziemię i znieruchomiał. Reszta chłopaków przypadła do ziemi i wtedy dopiero usłyszeli wściekły łomot niemieckich kaemów i gwizd ich pocisków…Strach przeszedł im przez plecy…wystrzelają nas jak kaczki…na tym pochyłym terenie nie mamy szans…Cała nadzieja w „Robocie” – wszak to on zawsze powtarzał, że zgrupowanie nigdy nie wycofuje się zanim ostatni ranny nie zostanie zabrany…
 
W tym czasie „Kmicic” wysłany uprzednio z grupą żołnierzy, aby zaatakować z flanki powinien już być na stanowisku…jednak z boku wciąż była cisza. Chłopcy nie wiedzieli, że „Kmicic” musi kluczyć, aby zająć właściwą pozycję a tymczasem impas w walce działał na niekorzyść zgrupowania. Niemcy w każdej chwili mogli dostać posiłki!
„Alan” patrzy na „Gryfa” ale ten jest spokojny, widać że nie żyje..za to „Szczerba” strasznie cierpi, pocisk rozwalił mu brzuch a chłopak palcami próbuje zatamować krwawienie…
 
Nagle słychać spokojny głos dowódcy…
 
Chłopcy! Spokojnie! Maszynki osłonią wasz odwrót! Zwijać rannych! – krzyczy „Robot”
Ognia! – pada komenda
 
Cekaem „Wąsa” i dwa erkaemy otworzyły huraganowy ogień w stronę Niemców, Ci przycichli przyciśnięci na pozycjach a w tym czasie reszta chłopaków od „Allana” zdołała wrócić do lizery lasu zabierając ze sobą rannego „Szczerbę” i zabitego „Gryfa”…
 
Panie komendancie! Strzeliłem Niemca! Prosto w głowę! – krzyczy „Adaś” skacząc w stronę Robota.
 
Nagle nieruchomieje, tylko tak mocno dłonią zgarnia kupkę piasku…”Robot” odwraca go na plecy…”Adaś” ma w oczach jeszcze resztkę radości ale jego oczy są już martwe…
 
„Robot” dał rozkaz odwołania „Kmicica”. Dalsza walka nie miała sensu, tym bardziej że przeciwnik wręcz szafował amunicją a chłopcy gonili resztkami…
 
Wieczorem na Wykusie stanął kolejny grób, w którym spoczęli „Adaś”, „Wilk” i „Gryf”…
„Wilk” Adam Wolf…siedemnastoletni Warszawiak skonał w lasach koneckich za wolną Polskę…
Themaskator