Pogranicze w ogniu.

Uwaga. Tekst zawiera elementy fabularyzowane, a co za tym idzie, nie może służyć, jako źródło historyczne.
20 sierpnia 1939 roku w niewielkiej leśniczówce koło Chojnic spotkało się dwóch kolegów z jednego podwórka. Nie widzieli się ponad dwadzieścia lat, choć prawdę mówiąc jeden z nich, widział drugiego kilka razy, ale z ukrycia. Rozstali się w straszliwych okolicznościach a podzieliła ich…kobieta. Obaj kochali się w Dorocie Kamińskiej. Była ona młodą, zdolną pianistką, pochodzącą z tego samego podwórka, co wspomniani wyżej panowie. Jeden z nich nazywał się Jan Żychoń a drugi Oskar Reile – obaj mieli po 16 lat w czasie, gdy w Wielkopolsce wybuchło powstanie w 1918 roku, obaj też walczyli ramię w ramię ze wspólnym wrogiem. Do czasu…Oskar pochodził z polsko-niemieckiej rodziny, jego ojciec zginał na froncie na skutek zdezerterowania całego oddziału Polaków. Wiadomość ta przyniesiona przez frontowego druha ojca, wstrząsnęła nim dogłębnie, dodatkowo Dorota wyraźnie preferowała rzutkiego, odważnego i mega inteligentnego Janka. Oskar potajemnie skontaktował się z niemieckim wywiadem i rozpoczął grę na dwa fronty. Zdemaskowany w czasie ucieczki, kiedy Janek starał się osłonić Dorotę strzelił jej w plecy i zbiegł. Podobno celował do niego…

Czytaj dalej „Pogranicze w ogniu.”

10. Wojowniczka.

Jenny poczuła kolejny raz to dziwne wrażenie, jakby spadania w otchłań nie mającą końca. Gdyby ktoś obserwował ją wówczas leżącą w łóżku, zapewne zauważyłby jak gwałtownie ugina się jej gładkie ciało na wysokości mostka, a delikatne ręce próbują chwycić nieistniejące poręcze. W pomieszczeniu panował półmrok, mrugały jedynie zamglonym światełkiem diody droidów, obsługujących ich właścicielkę od strony hotelowej. Od czasu, gdy Jenny zajmowała się analizą danych dla Rady Starszych, przysługiwała jej pomoc w codziennych, często nużących obowiązkach. Pochłonięta głębokim snem będącym w fazie REM, nie była w stanie zauważyć, że na stoliku nocnym siedzi zwierzę, którego oczy świeciły w ciemności. Zdawało się być tak pochłonięte obserwacją tego jak reagowało jej ciało na to, czego doświadczała dusza w innym wymiarze, że wyglądało zupełnie niczym element dekoracji apartamentu. Nikt wówczas nie wiedział, że Rada Starszych używała tych futrzaków jako oczu systemu. Gdy tylko ktoś stawał się niebezpieczny, lub podejrzany, temu nagle w pobliżu instalował się zupełnie niespodziewanie całkowicie podporządkowany, ale jednocześnie chodzący własnymi ścieżkami Felis.

Czytaj dalej „10. Wojowniczka.”

Hazardziści.

Mamy pogodne lato 1962 roku, Zygmunt Jaskólski jest właścicielem warsztatu elektrotechnicznego w niewielkiej miejscowości, położonej na Dolnym Śląsku, Wołowie. Na tle przeciętnego mieszkańca ówczesnej Polski powodzi mu się nadzwyczaj dobrze, ma własny dom, działkę, tępą ale dość atrakcyjną żonę. Niestety, brak środków obrotowych oraz wieczny marazm popycha go do planowania czegoś, co pozwoli mu raz na zawsze uwolnić się od brzemienia pracy i zostania rentierem. Miejscowość jest mała, wszyscy się znają, wobec tego trzeba działać ostrożnie. Zyga dochodzi do wniosku, że idealnym celem dającym szybki dostęp do zasobów jest lokalny bank NBP mieszczący się przy ulicy Sobieskiego 6. Nasz bohater zna zarówno warunki lokalne, czyli fakt że strop i podłoga w skarbcu są wzmocnione przez zabetonowane płyty stalowe, więc pozornie metoda na podkop albo spadochron odpada. Dane te ma stąd, że kiedy dochodzi do awarii zamka do skarbca jest on wzywany przez dyrektora oddziału jako lokalny spec od zabezpieczeń, pamiętamy że mamy lata 60te, gdzie szczytem techniki jest radziecki telewizor lampowy 😉 Dyrektor dostaje zgodę z MO a Zyga dezaktywuje wejście do skarbca jednocześnie zdając sobie sprawę z faktu jaka kasa tam leży na co dzień. Widok poukładanych w pryzmy banknotów śni mu się przez kilka tygodni… 😉

Wojtek Misiurski jest właścicielem taksówki marki Warszawa. Kto żył za komuny, ten wie, że zawód taryfiarza był jednym z najbardziej intratnych. Niestety Wojtas po pierwsze lubi sobie zagrać w pokera a dwa poznał fajną, młodą laskę, która ma potrzeby. Nie dziwi nic zatem, że potrzebuje forsy jak lodu, tym bardziej, że musi myśleć o wymianie starej, sypiącej się Warszawy na młodszy model, aby zachować zdolność zarobkowania. Szykuje furkę robiąc co mogąc prowokując raz po raz awantury ze swoją lubą, która zupełnie nie rozumie, po co on grzebie w tym silniku na pikniku zamiast słuchać The Beatles i patrzeć jej głęboko w oczy?

Tadek Karasiński ma 62 lata. Jest szanowanym obywatelem miasteczka, ma tę samą od lat żonę, zdradza ją od lat z tymi samymi kochankami. Ojciec trojga dzieci i właściciel kilku hektarów pod szkłem. Ktoś, kto nie zna terminu „badylarz” niech zerknie do Wikipedii. Podobnie jak w przypadku Zygi, ma on dość duże zamrożone zasoby, ale zdrowie coraz słabsze no i o przyszłości by trza pomyśleć. Pomidory same nie urosną, podobnie jak papryka…

Jest 20 lipca 1962 roku, pobliskie jezioro gromadzi licznych amatorów kąpieli w tym  Leona Badziaka, kasjera pracującego w oddziale NBP w Wołowie. To on przelicza utargi, segreguje pieniądze i szykuje do wysyłki do centrali. Ma żonę oraz ośmioro dzieci. Stara się trzymać gardę ale lekko nie jest, o czym świadczą przewieszone w poprzek dwupokojowego mieszkania sznurki, na których suszą się pieluchy najmłodszego potomka. Na górze w kawalerce, ktoś ma właśnie własne wesele, ludzie śpiewają i tańczą, dziecko wrzeszczy w niebo głosy a Leon próbuje go uśpić. Żona jest zajęta, bo akurat na tarze pierze pieluchy.

Zyga ma zadekowane po ojcu dwa egzemplarze Lugera kaliber 9mm wraz z amunicją oraz znalezioną rosyjską tetetkę bez pestek. W przyszłości będą one stanowić podstawę uzbrojenia ekipy czyszczącej skarbiec lokalnego zamku. Spotyka się z Tadkiem Karasińskim i wyznaje mu swój plan, mówiąc o ilości kasy jaką mogą zrobić. Tadek jest pełen euforii, wraca do domu z zaszczepionym planem. Pytanie brzmi, jak się przebić przez podłogę do skarbca, bo taką drogę włamania obierają. Te cholernie metalowe płyty w stropie…wiertarki padną, wiertła się przegrzeją, nie tędy droga…Chodzi jak struty przez parę dni, kiedy to zauważa jak kierowca ciężarówki lewaruje samochód celem zmiany koła. To daje mu pewien pomysł. Na bazie lewarka hydraulicznego konstruuje we własnym warsztacie mechanicznym rodzaj przedłużonego lewarka, którego konstrukcję stanowi wspawana metalowa rura zakończona ostrym końcem. 1 sierpnia spotykają się z Zygą i próbują w piwnicy działanie hydraulicznego rozpieraka. Siła jest taka, że przebija na wylot sufit prawie waląc strop! Mają narzędzie, teraz trzeba jeszcze tylko ludzi oraz samochodów, które umożliwią bezpieczne przewiezienie skradzionych pieniędzy. Tadek ma Dużego Fiata, ale postanawiają wciągnąć do ekipy wspomnianego Wojtka Misiurskiego, przyjaciela Zygi. Wojtek zgadza się bez wahania! Potrzeba jeszcze trzech, zgodnie z planem. Do podziału ma być kilkanaście milionów złotych, co przy ówczesnej średniej pensji rzędu 1500 złotych stanowi bardzo poważny kapitał. Zyga próbuje zwerbować swojego przyjaciela boksera Śląska Wrocław, ale tenże będąc karany odmawia, bojąc się czapy w razie wpadki. Postraszony konsekwencjami bije Zygę do nieprzytomności. Ostatecznie wspólnicy zmuszają do współudziału trzech innych znajomych w tym szwagra Zygi, który wisi mu bez przerwy duże pieniądze.

Spotykają się wszyscy znów na łódce na pobliskim jeziorze omawiając szczegóły. Wszystko zostaje dograne, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego . Pozostaje jeden problem. Ktoś musi dać cynk ile jest akurat kasy w sejfie. W sukurs przychodzi znajomy Tadka pracujący w banku jako kasjer, wspomniany Leon Badziak, który za pełny udział w podziale łupów zgadza się na rolę informatora, zapominając zupełnie o tym, że jest ojcem ośmiorga dzieci…

Decyzja zapada. Leon ma zrobić odciski kluczy do furty oraz pomieszczeń wewnątrz oddziału. Zyga dorabia klucze, czas i miejsce akcji  – 12 sierpnia 1962 roku, niedziela ze względu na oczywisty fakt zamknięcia banku (wówczas soboty były normalnym dniem roboczym). Tadek Karasiński wybiera się w sobotę wieczorem do kolegi. Ma mu przespawać resory w Żuku. Siedzą do późnej nocy, kończą koło pierwszej. Przyjaciel zaprasza go na kolację, którą w rama rewanżu przygotowała żona…

Mietek, słuchaj, gdyby ktoś pytał o mnie to piłem z tobą do rana. – mówi Tadek patrząc w oczy kolegi.

A kto może pytać? Żona? To do kogo idziesz na noc? Do Zośki czy Hanki? – pyta przyjaciel.

Czyś ty zwariował? Pokera mam i stara mi będzie brzęczeć. – odpowiada Tadzio.

Aaaaa chyba, że tak! Masz to jak w banku! – odpowiada Mietek polewając setę.

Tadzio wychodzi nad ranem od Mietka i wraz z dorobionymi kluczami udaje się pod bramę banku. Kiedy zaczyna gmerać przy drzwiach podjeżdża Taxi Misiurskiego, z którego wyskakuje Zyga i zwija przyjaciela! WTF?

Leon dał cynk, że nie ma utargu w skarbcu! Akcja odwołana!

Spotykają się w warsztacie Zygi i zapada decyzja o przełożeniu akcji za tydzień. Nowy termin to 19 sierpnia 1962 roku…

Tydzień mija jak z bata strzelił i znów powtarza się sytuacja sprzed tygodnia, Tadzio otwiera furtę banku, wszyscy uczestnicy skoku wpadają do środka, terroryzują strażnika, który zna ich osobiście z kościoła i zaczynają kruszyć strop skarbca. Dźwignia Tadka sprawdza się znakomicie i już po niecałej godzinie Zyga i Bolek znajdują się wewnątrz vis a vis kasy pancernej. W ruch idą wiertarki, łomy, przecinaki. Chłopaki walczą równe osiem godzin, kiedy to w poniedziałek na ranem drzwi skarbca puszczają i ich oczom ukazuje się kilkanaście milionów złotych! Bolek oszołomiony stoi i patrzy, dopiero siarczysty policzek Zygi budzi go do życia i zaczynają pakowa w worki jutowe łup. Reszta stoi w środku na czacie.

W międzyczasie dochodzi do straszliwej niespodzianki. Czesław zapomina wyciągnąć klucza z furty wejściowej. Okazuje się, ze lokalny patrol MO obchodzi teren w nocy szarpiąc między innymi za furtę do banku. Czesiek dobiega do drzwi w ostatniej chwili przekręcając bezgłośnie klucz…Milicjant szarpie za klamkę…zamknięte…Czesław osuwa się na ziemię, odpalając zadekowanego papierosa, mimo że Zyga kazał oddać wszystkie rzeczy osobiste przed akcją…

Nagle w biurze naczelnika dzwoni telefon, Bolek rzuca się do ucieczki, powstrzymuje go dopiero parabelka Zygi….To my mamy dzwonić a nie on, to pomyłka.

Misiurski jadący po łup trafia na wypadek komunikacyjny, pech chce że wrzucają mu do Taxy śmiertelnie rannego człowieka. Początkowo ma zamiar go wyrzucić w lesie, ale człowieczeństwo zwycięża! Odwozi go do szpitala aż we Wrocławiu, po czym wraca natychmiast na miejsce akcji odbierając łupy od chłopaków oraz odwożąc ich na miejsce, gdzie czeka Duży Fiat Tadka. Przepakowują łupy i gubią się w nadchodzącym poranku.

Nagle wybucha afera, przesłuchiwany jest Leon, jako skarbnik, ale nie puszcza pary z gęby mimo, że żona panikuje. Kasa jest podzielona, forsa nie ewidencjonowana zgodnie z informacją od Leona idzie na bieżące wydatki, a skolekcjonowana ma leżeć w piwnicy u Zygi kilka lat…

W międzyczasie żona Tadka przerażona skalą grabieży pali w piecu killanaście tysięcy złotych…

Mijają tygodnie…wszystko wskazuje na to,że z ukradzionej sumy 12 531 000 złotych nie uda się odzyskać nic, żona Zygi znajduje w piwnicy zadekowane pieniądze i mimo ostrzeżenia płaci nim i za zakupy w lokalnym GS. Wszystko pada, po nitce do kłębka Milicja dochodzi do mózgu akcji…

Gdyby nie zachłanność kretynki, wszystko zostałoby w domu…

Życie.

PS: Wszyscy dostali po 25 lat więzienia, nikt nie dostał KS, co było pewną formą docenienia wkładu, jaki chłopaki włożyli w interes życia.

Estranged.

Warszawa 11 grudnia 2015 godzina 10:27
 
Znikam stalowym rydwanem w promieniach słońca, będącego zawsze źródłem ciepła, życia i nadziei. W głośnikach mój ukochany Marilion z płyty Seasons End. Chyba jestem w pewnym sensie masochistą emocjonalnym, bo gdyby było inaczej, to mój słuch z siłą 120db zabijało by She Hooks in You, a tymczasem czyni to The Space. Moja emocjonalność kiedyś mnie przybije ostatecznie , tego jestem niemal pewien, bo to nie jest normalne, żeby czuć jak wszystko wewnątrz płonie morzem ognia, który niczym fosfor, jest nie do ugaszenia a nawet jeśli, ktoś mógłby go ugasić, to nie wie jak, bądź sam płonie, tylko w inny sposób.
 
Z pozoru jestem monolitem – to chyba wada genetyczna, tym gorsza, że czyni człowieka samotnym. Nie piszę tego co chce, bo świat mi na to nie pozwala, wymagając ode mnie noszenia bez przerwy maski, która umożliwia mi egzystencję wśród ludzi. Czuję się w niej niczym Hannibal Lector, ale podobno tak trzeba – mógłbym to nawet zaakceptować niczym formę więzienia, powiem więcej – cieszyłbym się oglądając świat zza takich krat ale pod jednym warunkiem, który na zawsze pozostanie tajemnicą. Czemu? Bo to jedyne lekarstwo, ale podać je musi inny człowiek, sam z siebie. Bywa tak, że Alcatraz może być synonimem nieba a anielski błękit, czystym piekłem.
 
Często w takich chwilach przychodzi mi na myśl stare dobre GnR i Estranged, gdzie wiadomo kto, tonąc w oceanie odrzuca każdego, kto chce mu pomóc, a w końcu wyciąga go śmigłowiec. Sam się z siebie teraz śmieję, bo widzę jak na dłoni swoją dziecinność – ludzi ratuje się tylko wtedy, gdy są do czegoś potrzebni, choćby to była zwykła satysfakcja. A może się mylę? Tak mylę się – tego juz mnie nauczyła. Zastanawiam się tylko kiedy, a raczej co wywołało w mojej głowie takie spustoszenie? Kiedyś byłem normalnym człowiekiem nie odczuwającym promila tych wszystkich rzeczy, które dziś rozsadzają mi duszę. Może to rodzaj pokuty za to jak żyłem? Jeśli tak, to przyjąłbym ją z godnością, licząc dni do końca i kładąc nawet blady uśmiech na własnej twarzy raz na jakiś czas. Niestety to zwykłe gdybanie, sfera domysłów, tak samo mroczna i tajemnicza jak to, co mnie niszczy na co dzień. Czasem tak sobie myślę, że jest tak wielu spełnionych ludzi ale chorych fizycznie, którym przydałyby się moje organy wewnętrzne, myślę że może ktoś mógłby z nich skorzystać, tym bardziej, że wszystko mam zdrowe, dużo ćwiczę i nie palę. Może choć w ten sposób, przynajmniej cząstka mnie żyłaby w kimś innym, kimś kto potrafi zbudować z odruchów codzienności ogród pełen kwiatów? Proszę się nie martwić – nie zmierzam w ślady Tomka Beksińskiego. Do tego trzeba mieć jaja.
 
Dotarłem do wrót rzeczywistości.
 
Teraz pojadę nad zalew i przebiegnę 20km tak aż poczuje metaliczny smak w ustach. Po tym zawsze następuje ukojenie. Krótkie, zaledwie kilku minutowe ale i tak warto. Czy można śmiertelnie rannemu człowiekowi odmawiać morfiny, choćby jej cena była bardzo wysoka? Szkoda, że w Cisnej mgły, inaczej dziś nocowałbym na grani wyjąc wraz z wilkami. Przepraszam wszystkich, których w jakikolwiek sposób zawiodłem. Niech moje niebo, pełne błyskawic odsłoni Wasze słońca. Tego właśnie chcę. 🙂
 
Wojna we mnie wciąż trwa…

Themaskator