Jakub Robot.

Wybiło właśnie południe, kiedy do jednego z żołnierzy „Robota” trzymającego wartę na skraju lasu podbiegł młody chłopak.
 
Muszę…szybko…do…komendanta – rwał zdanie z wysiłku
 
Porucznik „Jakub Robot” leżał właśnie na pryczy, kiedy do szałasu wpadł zdyszany goniec…
 
Panie komendancie! „Huragan” nie żyje, Niemcy palą…wieś! Jest posłaniec… – wyrzucił urywanym głosem wartownik
 
A to skurwysyny! – „Robot” zaklął siarczyście pod nosem
 
Dawaj tu tego gońca! – warknął do żołnierza
 
Prowadzą go panie komendancie, ledwo dobiegł, pół żywy, nie wiem czy coś powie – odparł żołnierz
 
Alarm w obozie! – ryknął Robot
 
Chłopakom nie trzeba było dwa razy powtarzać, to było karne wojsko mimo, że leśne, na polanie natychmiast zrobił się ruch, chłopaki tylko w spodenkach, opaleni wyglądali bardziej jak plażujący harcerze niż wojsko, ładowali granaty i gorączkowo sprawdzali broń – wszyscy czuli, że kroi się coś poważnego…
 
Robot wyszedł z szałasu niekompletnie ubrany, przyprowadzono właśnie gońca ze Smrekowa, pojawili się też inni oficerowie zgrupowania „Dobosz” i „Kmicic”. Goniec był pół żywy, ledwo trzymał się na nogach a zmęczenie i strach powodowały, że wyglądał jak śmierć na chorągwi. Chłopak miał może 14-15 lat…
 
Siadaj i pij – powiedział „Robot” podając mu menażkę
 
Chłopak pił tak szybko, że resztki wody wylewały mu się kącikami ust. W końcu odstawił menażkę i szarpanym głosem chaotycznie zaczął mówić…
Ja niewiele wiem, pasłem krowy, sąsiad przybiegł i kazał mi lecieć do pana komendanta, bo Niemcy w wiosce, palą i rabują…Jak wybiegałem to widać było dym – dodał po chwili.
 
Ilu ich było? – zapytał „Robot”.
 
Nie wiem, widziałem trzy ciężarówki, osobówkę i motocykl…aha i sąsiad mówił, że ludzi pakują na samochody – odparł chłopak.
 
„Robot” zastanawiał się czy zdążą? Do celu mieli jakieś 6 kilometrów przez las, jak ludzi biorą to jest szansa, zajmie nam to minimum pół godziny jak nie lepiej…i jeszcze sprzęt – pomyślał
 
Trzeba spróbować – odparł „Kmicic” widząc wahanie dowódcy
 
„Dobosz”, zostajesz w obozie, wraz z trzema ludźmi. Reszta idzie z nami – stanowczym głosem rzucił robot w kierunku oficera.
Rozkaz! Bylebyście zdążyli! Szkoda czasu… – odparł „Dobosz” już mniej regulaminowo
Oficerowie wyszli przed szałas, zgrupowanie stało w dwuszeregu. Właściwie zgrupowanie to za dużo słowo, bo do dyspozycji „Robot” miał około czterdziestu chłopaków…
 
„Zabili Huragana” – powiedział
 
Szmer rozszedł się wśród oddziału „Allana” czyli ludzi z dywersji warszawskiej, tam wszyscy znali „Huragana” i byli z nim zżyci..
 
Biegniemy na pomoc, może zdążymy – krzyknął „Robot”
 
Trzech chłopaków pobiegło przodem na zwiad a reszta leśnych ruszyła ostro przez las. Do przebiegnięcia mieli około sześciu kilometrów, był wrzesień, ale pogoda wyjątkowo słoneczna i temperatury dobijały do 25 stopni. Na początku biegło się całkiem dobrze, jedynie „Wąs” dźwigający lufę od cekaemu miał trochę gorzej niż reszta. Po około dwóch kilometrach dopadło chłopaków zmęczenie, pot lał się strumieniami, koszule przyklejały się do pleców, gorące powietrze zatykało płuca…Nagle od strony lizery lasu dobiega pierwszy łącznik…
 
Są! Ładują ludzi na ciężarówki! – krzyczy tak, że wszyscy żołnierze to słyszą.
 
To dodaje sił, i mimo skrajnego wyczerpania każdy dostaje swoisty zastrzyk adrenaliny, który pozwala biec dalej. Dwa miesiące temu tak samo biegli do Michniowa i…nie zdążyli. Niemcy spalili żywcem ponad 200 osób…
 
Wreszcie jest, skraj lasu, chłopaki zaprawieni w boju sprawnie zajmują pozycje, „Wąs” z „Sołtykiem” szybko rozkładają cekaem polskiej produkcji wzór 1926 na licencji Browninga. Broń nieco przestarzałą, ale cholernie celną i skuteczną. W niewielkiej odległości od głównej „artylerii” oddziału szybko rozkładają się erkaemy również z radomskiej fabryki broni a także zrzutowa „elemgieta”. „Robot” przez lornetkę obserwował to co inni widzieli gołym okiem…
 
Niewielki spadek terenu i dwieście metrów dalej dantejski teatr, gdzie właśnie zaczynał się ostatni akt…Środkowa ciężarówka pełna mieszkańców wioski, dwie pozostałe żandarmów, oficerowie obok Opla Kapitana spokojnie palili papierosy. Żołnierze śmiali się i dowcipkowali tak głośno, że echo odbijało się od lasu. Naraz w tę palbę różnych dźwięków wbił się jeden tak okropny i przerażający, że chłopakom aż serca zabiły mocniej. Dwóch żołdaków ciągnęło po ziemi młodą kobietę za włosy, motocyklista kopnął pedał rozrusznika, oficerowie wsiedli do osobówki…
„Wąs” nie patrzył w kierunku wsi tylko obserwował jak wryty rękę dowódcy. Niech tylko machnie…
 
Uwaga! Ogień rozpoczyna broń maszynowa i długa. Bić po ciężarówkach i osobówce – ludzie muszą uciec! – „Robot” półgłosem wydał polecenia.
Nerwy powoli ustępowały skupieniu, przyrządy celownicze skoncentrowane na samochodach żandarmów ani drgnęły, szczęk przeładowywanej broni został zagłuszony przez silniki uruchamianych samochodów.
Znak „Robota” do otwarcia ognia zbiegł się w czasie z przeraźliwym krzykiem katowanej kobiety…
 
Dudnienie cekaemu prowadzonego pewną ręką „Wąsa” przykryło zupełnie jazgot erkaemów a pojedynczy strzały „kabeków” zupełnie znikły w ogólnej palbie. Chłopaki pruli z pełnych magazynków, z całej jak najdłuższej taśmy, wysyłając w stronę wroga po 400 pocisków na minutę z jednej lufy. Nad dolinką latały fragmenty oporządzenia Niemców, resztki mundurów, wszędzie widać było leżące postaci w zielonych mundurach. Różowa mgiełka wyraźnie wskazywała, że pociski leśnych nie trafiały w próżnię…
 
Opel Kapitan wraz z trzema dowodzącymi oficerami w środku ruszył gwałtownie do przodu, jednak „elemgieta” „Jacka” dopadła go, pociski przebijały drzwi i okna, wreszcie trafiły na zbiornik z paliwa, krótki błysk i dwie płonące postacie zniknęły pomiędzy zabudowaniami. Trzeci z oficerów został w samochodzie już na zawsze…Cała ta kanonada trwała może minutę…
 
„Robot” znów machnął ręką, ogień w jednej chwili ucichł…
 
Teraz na zimno mógł sprawdzić efekty działania swoich żołnierzy…jedno było pewne – ostatni uciekający chłopi zniknęli po przeciwnej stronie dolinki kryjąc się w lesie, na ziemi leżało w bezruchu kilkanaście ciał, kupa amunicji oraz resztki oporządzenia. Wokół słychać było wołania…”Hilfe…Hilfe…”
 
Znów okazało się, że zaskoczenie jest bronią, która pozwala osiągnąć założone cele mimo pozornie słabszej pozycji, w tym wypadku zaś pomóc zwykłym ludziom…
Wtem zza pryzmy kamieni w dolince odezwał się Bergmann a na głowy chłopaków posypały się odstrzelone gałązki igliwia. Za chwilę zza budynku zajazgotał inny…to był dobry żołnierz, po takiej łaźni w mig opamiętał się, zajął stanowiska i…próbował nawiązać walkę!
 
„Robot” miał już wydać rozkaz do odwrotu, kiedy to nagle dopada do niego „Allan” i nieomal krzyczy z błyskiem w oczach…
 
Panie komendancie! Zaatakujemy! Tam tyle amunicji, broni, prowiantu! – w oczach „Allana” widać ogień.
 
Zaatakować? Na tym pochylonym terenie? Toż wbrew wszelkim zasadom! Wystrzelają nas jak kaczki? – „Jakub” jest dobrym oficerem i w lot potrafi ocenić szanse powodzenia, nie mniej jednak „Allan” kusi…
 
Dobrze chłopaki! Atakujemy! – łamie się w końcu „Robot”
 
Podrywa się cała drużyna „Allanowców”. To Warszawiacy, ludzie zaprawieni w konspiracji, znaleźli się w lesie bo w stolicy zostali spaleni. Wyszkoleni, odważni i gotowi na wszystko!
 
Hurraaaa! – wrzasnęli i wyskoczyli z lasu wprost na opadającą ku dolince łąkę.
Chłopaki pędzili co tchu, nagle „Allan” zobaczył z przerażeniem, że ziemia gotuje mu się pod nogami. Pierwsza myśl – chłopaki wyrzucają kamienie spod butów! Ale nie…ziemia gotowała się od niemieckich pocisków. Żandarmi walczyli o życie…o swoje życie!
 
Naraz wyforsowany do przodu „Szczerba” zwinął się w pół, fiknął kozła i znieruchomiał, dwóch chłopaków od „Allana” natychmiast skoczyło mu na pomoc, w chwilę później „Gryf” twardo upadł na ziemię i znieruchomiał. Reszta chłopaków przypadła do ziemi i wtedy dopiero usłyszeli wściekły łomot niemieckich kaemów i gwizd ich pocisków…Strach przeszedł im przez plecy…wystrzelają nas jak kaczki…na tym pochyłym terenie nie mamy szans…Cała nadzieja w „Robocie” – wszak to on zawsze powtarzał, że zgrupowanie nigdy nie wycofuje się zanim ostatni ranny nie zostanie zabrany…
 
W tym czasie „Kmicic” wysłany uprzednio z grupą żołnierzy, aby zaatakować z flanki powinien już być na stanowisku…jednak z boku wciąż była cisza. Chłopcy nie wiedzieli, że „Kmicic” musi kluczyć, aby zająć właściwą pozycję a tymczasem impas w walce działał na niekorzyść zgrupowania. Niemcy w każdej chwili mogli dostać posiłki!
„Alan” patrzy na „Gryfa” ale ten jest spokojny, widać że nie żyje..za to „Szczerba” strasznie cierpi, pocisk rozwalił mu brzuch a chłopak palcami próbuje zatamować krwawienie…
 
Nagle słychać spokojny głos dowódcy…
 
Chłopcy! Spokojnie! Maszynki osłonią wasz odwrót! Zwijać rannych! – krzyczy „Robot”
Ognia! – pada komenda
 
Cekaem „Wąsa” i dwa erkaemy otworzyły huraganowy ogień w stronę Niemców, Ci przycichli przyciśnięci na pozycjach a w tym czasie reszta chłopaków od „Allana” zdołała wrócić do lizery lasu zabierając ze sobą rannego „Szczerbę” i zabitego „Gryfa”…
 
Panie komendancie! Strzeliłem Niemca! Prosto w głowę! – krzyczy „Adaś” skacząc w stronę Robota.
 
Nagle nieruchomieje, tylko tak mocno dłonią zgarnia kupkę piasku…”Robot” odwraca go na plecy…”Adaś” ma w oczach jeszcze resztkę radości ale jego oczy są już martwe…
 
„Robot” dał rozkaz odwołania „Kmicica”. Dalsza walka nie miała sensu, tym bardziej że przeciwnik wręcz szafował amunicją a chłopcy gonili resztkami…
 
Wieczorem na Wykusie stanął kolejny grób, w którym spoczęli „Adaś”, „Wilk” i „Gryf”…
„Wilk” Adam Wolf…siedemnastoletni Warszawiak skonał w lasach koneckich za wolną Polskę…

Kazimierz Ski Lift.

Time Runs Out dzień dwudziesty trzeci.
 
Leniwa sobota sączyła się przez pryzmat listów Beksińskiego, niczym kisiel przygotowany przez żonę, po piętnastu latach małżeństwa. Czas odpoczynku, kontemplacji i poznawania siebie przez pryzmat Mistrza. To zadziwiające jak bardzo mam zbieżne poglądy na życie, otoczenie i nas samych, nawet kot jakiś leniwy się zrobił dopominając się szarpania za uszy do tego stopnia, że zacząłem wietrzyć podstęp – cholera go wie, czy nie zadzwonił do zielonych, a teraz celowo mnie wypuszcza i zbiera haki? 😉
 
Od południa burza telefonów, sprzedali Cię? I co? Wyrzucą Cię w końcu na zbity pysk, czy dalej będziesz wkoorwial wszystkich jeżdżąc na nartach, zamiast uczciwie wziąć łopatę i przekopać rów? Nie? Nic się nie zmienia? Ci saaaami? Niesamowite! Słuchaj, mam fajną działkę w Poznaniu… nie interesuje cię? Ale w razie co to wiesz? Wiem…
 
No gratuluję! Teraz to już zarządzającym będziesz! Nie będziesz? Jak to ci się nie chce? Ty to jakiś dziwny jesteś. No jestem, bo jak sobie uświadomię, że mam się kisić w biurze i przekonywać beton, do rzeczy oczywistych, to mi się od razu odechciewa. Poza tym, nie mam czasu, bo lubię narty, bieganie, kajaki… No dobrze, ale kasa, prestiż pomyśl Rafał. Już pomyślałem. I co? Nic, jak w preambule. To co mam, mi wystarczy, kobiety mnie nie chcą, kredytów nie mam, rodziny nowej już nie założę, bo nie ma z kim, to po co? Ty to dziwny jesteś Rafał… No jestem. W każdym razie jakbyś coś słyszał, to wiesz, ja do marketingu chętnie. Dobra. To nara. Nara.
 
Gramy trochę w szachy z chłopakami, później bieżnia, łóżeczko i Beksiński. Wreszcie u siebie. Mario stuka, że jutro pobudka o 5:40, bo sztruks ma być, pogięło chłopaka, myślę sobie, ale nastawiam budzik. Kot jakiś nerwowy, zaczął mnie podgryzać, więc go opieprzyłem i oddałem się objęciom Morfeusza – stary zbok, zawsze jest na posterunku.
 
Otwieram oczy wraz z wrzaskiem budzika i już widzę, że będzie dobry dzień. Wschód słońca nad miastem tworzy z okna w mojej sypialni kinoplex 7D, bez grama ściemy. Leniwie kończę herbatę, wbijam się w cytrynę i po chwili jestem u Mario. Jego Ferrari stoi już gotowe do jazdy, pakujemy sprzęt, jest ciasno, ale jak to bywa w sportowym samochodzie, coś za coś. Moją uwagę zwracają dziwne ślady na podsufitce, dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to od obcasów. Zapuszczamy U2 Achtung Baby i urzeczeni wschodzącym wciąż słońcem, ruszamy powoli ku przeznaczeniu. Muza gra, gadka się klei, tematy stałe czyli trochę nart, polityki, kobiet, pieniędzy, nic szczególnego. Dojeżdżamy do Kazimierza, wracają wspomnienia te fajne i nie, śmiejemy się siebie nawzajem, stwierdzając, że jesteśmy dęby ale pozytywne 😉
 
Przebieramy się szybko i już po chwili skąpany w słońcu sztruks wita nas pomrygując radośnie kropelkami wody. Temperatura +1 ale od razu niemal okazuje się, że z rana jest dość twardo i szybko. Rozgrzewamy się na krótszym, ale ostrzejszym stoku, by po chwili przenieść się dalej na szerszy, ale i bardziej wypłaszczony fragment ośrodka. Zgodnie stwierdzamy, że Kazek jest numer jeden w naszej części kraju! Śnieg wyrzucany spod nart tworzy niesamowitą tęczę barw, schodzimy bardzo nisko i szybko, tak bardzo jak pozwala na to mięknący z każdą minutą biały puch, który powoli zaczyna przypominać w konsystencji cukier. Rozdzielamy się i na własną rękę pałujemy, spotykając się od czasu do czasu, żeby wymienić opinię i radość z buzujących endorfin . Nudzi mi się na orczykach, więc zaczynam pisać niniejszy tekst, dwie godziny mijają jak mgnienie oka, albo strzał z miotacza laserowego Luka Skywalkera, gdy łaskotał Dżabbę 😉
 
Pakujemy sprzęt, czas do domu, ludzi przybywa, stok zaczyna płynąć, nic tu po nas. Zastanawiam się czy nie skoczyć jeszcze na kajak po obiedzie, słońce całuję tak mocno i czule, że nie sposób się nie zakochać w tym dniu?
 
Buźka dla wszystkich 🙂
https://goo.gl/photos/j6oerg8AHKdgQRms9
Themaskator