Wychodzę do ludzi bo muszę.

Wczoraj znów skasowałem wszystko, uprzednio dając upust emocjom a przy okazji byłem nieprzyjemny dla ludzi, których tak naprawdę nie znam, a którzy być może są w identycznej sytuacji jak ja, tylko ani nie potrafią ani nie mogą tego w żaden sposób z siebie wyrzucić. Bezpośrednim katalizatorem mojej wściekłości a w rezultacie załamania był fakt, uszkodzenia karty miejskiej, jaką próbowałem doładować Synowi, aby mógł jeździć autobusami do szkoły. Wizyta w MZDiK oraz panujące tam realia, konieczność zapłacenia 10 złotych za gówno, które ni z tego ni z owego przestało działać przybiło mnie dokumentnie. Nie potrafię zrozumieć, komu przeszkadzały zwykłe bilety miesięczne, normalna legitymacja i znaczek. Jakiś baran czujący potrzebę nowoczesności postanowił wprowadzić w życie kawałek plastiku, w dodatku na przestarzałej magnetycznej technologii (w erze chipa) czym wywołał moją głęboką frustrację. To wszystko buzuje mi się w głowie i mimo, że jestem bardzo uprzejmy w stosunku do tych starszych pań miotających się pomiędzy skanerem a terminalem do płatności bankowych nie mogę się powstrzymać od ironii związanych z systemem. Jak znam życie to jeszcze ktoś na tym syfie zarobił, zmuszając dodatkowo ludzi do korzystania, z czego, na co nie mają ochoty. Gdyby pozostawiono te cholerne bilety miesięczne, bo wówczas nikt by nie kupił tego kawałka syfu z tworzywa sztucznego i jełop, który to wprowadził miałby klapę a nie sukces a tak po roku gazeta wybiórcza napisze, że mieszkańcy miasta chętnie korzystają z karty miejskiej, bo wydano jej już ponad 25tys. Sztuk. Sukces! Tylko, czemu do diaska zawsze na fundamentach ze zniewolenia ludzi? Coś, co jest naprawdę dobre nie wymaga żadnej reklamy a tym bardziej zabiegów typu wycofajmy coś tam to oni będą bez wyjścia i wezmą to, co my chcemy. Co za bydło?!
 
Dalej dwa wezwania do Urzędu Miejskiego. Uprzednio wzywani byli moi sąsiedzi pod karą grzywny 1800 złotych, aby zaświadczyć, iż uporczywie nie odbieram korespondencji. To prawda! Nie odbieram NIEZAMAWIANEJ korespondencji, nie reaguję na dzwonek do drzwi, nie chcę, aby mnie nachodzono, – jeśli coś zamawiam lub spodziewam się listu, wówczas jak najbardziej. Najgorzej nie znoszę pewnego typa z wodociągów, który podjeżdża samochodem celem spisania liczników i ustawia ów wehikuł w taki sposób, że blokuje mi wyjazd z garażu. Nigdy nie zwróciłem mu na to uwagi, bo pewnie poczułby się w jakichś sposób dotknięty, ale niesmak zostaje. Poza tym parę razy opieprzał mnie w sposób dość agresywny, że mu wyniki spadają, bo nie może dokonać spisu licznika u mnie już przez kwartał! Schowałem w sobie niechęć, pozwoliłem spisać ten cholerny licznik. Ulga przyszła wówczas, gdy mechanizm bramy skończył się zamykać. Okazuje się, że koleś spisujący liczniki przypomina mi mnie, jako kształtowanego dwadzieścia la temu korpoludka, łykającego wszelkie bzdury, które miały prowadzić do celu a nigdy nie prowadziły. Ktoś słyszał kiedyś, żeby oszustwo w długim czaso-okresie coś dało w tej materii? Ja nigdy, ale z tego, co widzę dalej to robią. Jedni pieprzą innym bzdury (motywacja), drudzy udają, że to kupują (dali się zmotywować), po czym wszystko wraca do porządku. Tym porządkiem jest poczucie, że nic tu nie gra. Zresztą w firmie to samo – kompletny chaos. Ukryłem się dość mocno i nie próbuję nawet walczyć z czymkolwiek pamiętając jak kilka lat temu prawie obcięli mi łeb, bo jak zwykle pracując w organizacji widziałem przede wszystkim interes jej i ludzi, którzy ją tworzyli a nie garstki kanalii rozdających karty. Ludzie są nienachapani. Przeraża mnie to. Qrwa, ileż samochodów, działek, debilek na obcasach czy złotych zegarków trzeba posiadać być czuć się dobrze? Jest taka liczba, czy też nie ma? To jest jeden z moich problemów – nie potrafię zrozumieć zachłanności, choć potrafiłem ją w przeszłości powiedzmy to emulować tworząc całkiem dobrą maskę umożliwiającą mi brylowanie wśród takowych indywiduów. To zresztą do dziś jest powodem pewnego ukrytego wstydu.
 
Wróćmy, zatem do urzędników. Podjechałem na parking w pobliżu, wykupiłem bilet za dwa pięćdziesiąt widząc chowającą się w krzakach z aparatem cyfrowym kontrolerkę, czekającą z głodnym niczym wilczyca z małymi na przednówku wzrokiem na ewentualną ofiarę. Wystarczy kilka sekund zwłoki i już traaaach! Fota poszła, wezwanie wypisane uprzednio gotowe, tak żeby nie trzeba było ofierze spojrzeć w oczy, podbiega…numer auta, za wycieraczkę i w długą! Dalej masz człowieku dwa wyjścia. Albo płacisz, albo użerasz się w kolejnym urzędzie z kobietą (nie wiem, czemu, ale we wszystkich biurach łamana jest zasada równości wobec płci, jako że na dziesięciu urzędników tylko jeden to facet), której rozumienie rzeczywistości jest łagodnie mówiąc na poziomie ciebie z okresu, gdy miałeś czternaście lat, dodatkowo zaaferowanej ocenianiem smaku naleśników koleżanki i konsumpcją podłej kawy zaparzonej w starym, pokrytym kamieniem czajniku elektrycznym. Dwie bite godziny w piach. Lepiej już kupić ten bilet…
 
Wchodzę do okienka, dowodzik, szesnaście podpisów czytelnych i nieczytelnych i okazuje się, że cała zadyma z szukaniem mnie przez straż miejską, wzywaniem na świadków sąsiadów, straszeniem ich karami finansowymi miała na celu jedno. Zapędzić mnie do jaskini lwa, czyli przybytku zajmującego się rozliczaniem deklaracji śmieciowych. Rzadko odwiedzam przybytki pod nazwami urzędów, bo ma chroniczną niechęć i wstyd do bezproduktywnych poczynań rodzaju ludzkiego. Czytanie książki przez osiem godzin, przez jednego człowieka daje społeczeństwu więcej wartości dodanej niż przerzucanie papierów we wszystkich urzędach w całym kraju. Co zrobić? Nasze życie to fikcja. Zajmujemy się wszystkim tylko nie życiem a kiepskie aktorstwo jest główną domeną, począwszy od życia rodzinnego, poprzez znajomości (większość) a skończywszy na pracy. Chodząc po przepastnych korytarzach urzędu miejskiego w moim mieście zdałem sobie sprawę z jak potężnym teatrem mam do czynienia! Kilka pięter, setki pokojów, w każdym po kilka kobiet i jeden facet – nieprawdopodobna machina domaga się atencji, której ofiarą się stałem. Po pół godzinie poszukiwania pokoju numer 3 udaje mi się w końcu dotrzeć do sporego pokoju, w którym siedzi sześć kobiet i jeden pan. Z głośników przyniesionych z domu ryczy jakieś disco polo a jedynym pozytywnym akcentem jest piękna paproć w rogu sięgająca sufitu, która chyba tylko, dlatego tak ładnie rośnie, że jest rzadko podlewana i nikt się nią nie interesuje. Pani mierzy mnie ostrym wzrokiem – uuuuu pan to jesteś mój ulubiony klient! Wypełniam jakiś druk (po raz chyba szósty już ten sam), gdzie w kilku rubrykach piszę wiele razy nazwę miasta, w którym mieszkam, no, bo przecież jakiś misiu stworzył sobie formularz, który był przedyskutowany na Sali konferencyjnej z projektorem, zatwierdzony, zapłacony, wydrukowany – trzeba go wypełniać tak często jak się da. Pani informuje mnie, że obniżyli mi opłaty za wywóz śmieci z 20 złotych na 15 złotych miesięcznie i w związku z tym poszukiwała mnie straż miejska! Pysznie.
 
Wychodzę z tych przybytków tak zmęczony fatalną energią snującą się po tych korytarzach, że mam ochotę natychmiast zasnąć. Nic z tego. Muszę jeszcze pojechać do mieszkania po zmarłej niedawno bliskiej osobie i poprzenosić, co nieco do piwnicy i garażu. Jestem z reguły sknerą a skoro mam zdrowe ręce, plecy i nogi to nie będę zlecał roboty na zewnątrz tylko ogarnę do z Synem. Idzie nam nadzwyczaj dobrze, bo zawsze jest tak, że wszelkie czynności wykonywane z dziećmi wspólnie cementują więź między bliskimi, są źródłem nauki o sobie i dają mnóstwo satysfakcji. W międzyczasie koresponduję z kilkoma miłymi ludźmi na FB oraz staram się odtrącić pewną mężatkę, która na siłę zabiega o moją atencję, mimo, że daje jej do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany interakcją. W końcu jej działania zamieniają się w monolog, w którym zaczyna mnie wyraźnie zaczepiać w sposób niegrzeczny. Wieje od niej złem i niekorzystną energią, patrzę na zdjęcia i przerażam się – czarownica w czystej postaci. Teksty w stylu wyszłam za mąż z rozsądku, to dobry mąż, ale nie kocham go i szukam emocji doprowadzają mnie do szewskiej pasji, ale tłumię emocje i staram się ją ignorować. Po pracy wpadamy z Synem na kolację do pewnej fajnej knajpki i po 20tej jestem w domu. Rytuał, czyli przegląd wiadomości spoza ścieku, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie a nie, co mam wiedzieć, trochę forów dyskusyjnych no i jestem na FB. Przeglądam zdjęcia kolegi, który akurat jest w US i przypominam sobie o projekcie przejechania Stanów w poprzek. Zrealizuję go w przyszłym roku, bo jeszcze nie zdarzyło się, aby coś zadeklarował i nie zrealizował. W ekstremalnej sytuacji zrobię to sam.
 
Odzywa się do mnie pewna znajoma sprzed jakiegoś czasu, unikająca dłuższy czas moich prób nawiązania kontaktu w czasie, gdy zawiesiła mnie na pętli emocjonalnej i obserwowała z lubością jak dyndam. Zalałem ją wówczas trzema stu litrowymi workami butelek po piwie i jakoś wróciłem do reala. Po roku z górką dostaję kapitalną wiadomość – co u ciebie słychać? Stęskniłam się…Zaglądam na profil, fota ta sama, co kiedyś (nieaktualna – nigdy tak nie wyglądała, nawet jak ją znałem). Obserwuje tkliwych nihilistów, eskejp from rialiti, jesteśmy dorośli, jak to się stało, smutne wiersze, smutnych ludzi, ciemna rzeczywistość – jak widzę tu tez bez zmian. Kreujemy się na zagubioną we współczesnym świecie, smutną intelektualistkę. Nie odzywam się nic do chwili, gdy nie wpadam na grupę – imprezy w Spiżu w Katowicach, wspomnienia wracają a ja dziś widzę na pięknych fotach jak tańczy z uśmiechem na twarzy z jakimś typem w spodniach jak od piżamy. Sama w butach na koturnie (nienawidzę, bo niszczą piękno kobiecej nogi)! Ktoś mało wyrobiony teraz dojdzie do wniosku – no tak! Nie zaleczył się i go wzięło. Nic z tych rzeczy. Wzięła mnie, ale straszna złość, że w tak prymitywny sposób dałem się podejść dość lekko podchodzącej do życia i ludzi osobie posiadającej jedną umiejętność – kreowania się na kogoś kim nie jest. Blokuję ją na FB, oczywiście nic nie odpisuję.
 
Zaczyna coś buzować, kolega zupełnie nieświadomie przywołuje obraz mojej pierwszej dziewczyny i miasta skąd pochodzi, ciśnienie rośnie, kiedy nagle dopada mnie „czarownica mężatka” niemal wrzeszcząc CAPS LOCKIEM, że ONA SIĘ PYTAŁA CZY JA BYŁEM ŻONATY a ja nie odpowiadam i tak trzy czy cztery razy na zasadzie copy paste (znam te klimaty, koleś beton zarabia pieniądze i żre czipsy z biedry popijając hop colą a ona się nudzi, bo jedyne co ich łączy to węzeł małżeński). Tu miało być ” 😀 ” ale nie będzie, bo mi jej żal. Wiem – głupi jestem.
 
W ogóle jej nie odpowiadałem poza zdawkowym dawaniem do zrozumienia, że nie znajdziemy wspólnego języka. Znów atak, tym razem już bardzo nisko, że żaden prawdziwy facet nie uzewnętrzniałby się tak jak ja, znakiem tego muszę być ciotą. Zazwyczaj olewam takie teksty, bo to jest klasyka manipulacji u kobiet, zresztą dość prymitywna ale po całym dniu i refleksjach z nim związanych pękam i…każę jej wypierdalać (może kiedyś opiszę ten dość powszechny u części kobiet mechanizm wyprowadzania facetów z równowagi tylko po to, aby wybuchnęli, bo to wprowadza nas w poczucie winy a tu już tylko krok do osiągnięcia tego co się chce, czyli wykorzystania przewagi emocjonalnej – mięśnie przy tego typu przemocy to są dziecinne zabawki).
 
Zaraz po wysłaniu tych słów dopada mnie najpierw wściekłość, bo dałem się sprowokować a za chwilę poczucie słabości. Piszę jakieś emocjonalne pożegnanie, którego nawet w tej chwili nie pamiętam. Rano usuwam wszystko z FB i czuję jak się rozpadam. Kurde, czy naprawdę jedyna nadzieja dla mnie jest w samotności? Lubię pisać, niektórzy ludzie lubią to czytać, daje mi to namiastkę poczucia, że robię coś wartościowego, coś co może u kogoś wywołać grymas śmiechu na twarzy a może łzę wzruszenia?
Przepraszam wszystkich ale nie wytrzymałem wczoraj. Nie będę się tłumaczył z fundamentów dlaczego jestem tak rozstrojony, żeby nie dawać jakiejś kolejnej kreaturze narzędzia do ataku.
 
Piszcie dzienniki, bo inaczej, albo zabetonują Was w Matrixie albo zwariujecie nie poddając się temu wszystkiemu.
Dobrego dnia.
Rafał

Instytucja pampersa.

Tego chyba nie było? Powstało w czasach, gdy miałem przyjemność obcować z kobietą naznaczoną mężczyzną pampersem 😉 gdyby nie szybka umiejętność rozeznania w sytuacji, mógłbym popaść w niezłe tarapaty.

Otóż męski pampers jest to jeden z lepszych sposób na poderwanie współczesnej, wyemancypowanej kobiety a jak zdążyłem się zorientować wielu braci mych kochanych bardziej lub mniej świadomie wykorzystuje ten stan ku uciesze własnej a mniejszej płci pięknej – do rzeczy, zatem 😉

Otóż męski pampers odpowiada żywotnym potrzebom wykazania własnej siły i wartości wielu kobiet, które w ten sposób realizują się życiowo. Oczywiście wszystko odbywa się podświadomie, bo gdyby odbywało się świadomie to zjawisko męskich pampersów nie miałoby racji bytu, ewentualnie jedynymi osobnikami żyjącymi w symbiozie z owymi panami byłyby ich matki, przy czym nie ma znaczenia czy pan jest murarzem, cieślą czy wziętym informatykiem – chodzi o pewien schemat.

Czytaj dalej „Instytucja pampersa.”

Świński Ryj.

Z czym przeciętnemu mieszkańcowi kraju na Wisłą kojarzy się „świński ryj”? Ktoś przywoła przed oczy wyobraźni rumianą twarz posła, lokalnego urzędnika czy choćby kogoś, kogo nie darzy zbytnią sympatią. Powiem szczerze, że określenie to kojarzyło mi się w podobny sposób aż do dziś. Czym zatem może jeszcze być ów” świński ryj”?
 
Świński Ryj albo Ryj, jak podają niektóre źródła, ma wysokość 396 m n.p.m. W południowym zboczu góry, od strony wsi Bardo, znajduje się wąwóz Prągowiec. Ciągnie się przez pół kilometra, głęboki, trudno dostępny, gęsto zarośnięty, a w niektórych miejscach zaśmiecony. Aż trudno uwierzyć, że to cel naukowych ekspedycji i wypraw geologów amatorów. Czego tam szukają? – Przyjeżdżają tu wycieczki z Warszawy. Oglądają i coś kują w tych skałach 😉
 
W odsłoniętych łupkach skalnych w wąwozie geolodzy znaleźli liczne skamieniałości zwierząt sprzed 400 mln lat – graptolitów, trylobitów, ramienionogów i małży. W wąwozie tym odkryto też skałę, którą nazwano diabazem.
 
Czyż to nie fascynujące? Jeśli do tego dołożymy fakt, że czuć tam jak mówią wieki, widać gołym okiem ślady po okopach z I wojny plus odcisk pamięci licznych ludzi, dla których to miejsce było piaskownicą, miejscem pierwszych spacerów za rękę, chwil uniesienia w księżycowe noce, to jasnym staje się, że wieża Eiffla, Big Ben czy 5th Av to tylko marne namiastki tego miejsca. Swego czasu bardzo chciałem poznać podobne wzgórze w okolicach Jeleśni… Niestety nie było mi dane :/
 
Zapraszam w świętokrzyskie! 🙂
https://goo.gl/photos/PdZ7uuMUMZCHUSwW9

Siczki, Kozłów.

Wróciłem koło południa z Bieszczadów, ogarnąłem temat, który mi przeszkodził w kontakcie z naturą, przygotowałem jedzenie i… Zaczęło mnie nosić 😉 Krótka piłka i już lecę stała 40km trasą na rowerku dokumentując co się da po drodze. Piękna pogoda, jazda bez trzymanki, woda, zapach lasu – wtedy się czuje życie 🙂 Dojeżdżam na ulubiony przepust kolejowy, gdzie siadam na trawie i piję herbatę 😉 Słońce świeci, po chwili majestatycznie mija mnie skład węglarek prowadzonych przez stary dobry ET-22. Podjeżdżając do miejsca, gdzie siedzę maszynista widzi, że robię fotę i pozdrawia mnie przeciągłym sygnałem „baczność”. Podnoszę rękę zgodnie z regułą dając mu znać, że go widzę. Boże, ile ja bym dał żeby być na jego miejscu! Jak pod Otłoczynem… Tylko gwiazdy, las i nikłe światła potwora w oddali. Robota marzenie! Niestety już nie w tym wcieleniu 😉

Mija trochę czasu, zawijam się i ostro pedałuję w stronę pobliskiego zalewu, mijam go bokiem i już wpadam w leśną przecinkę. Klimat wspaniały, rześkie powietrze, zapach lasu i promienie słońca przemijające się przez gałęzie. Znacie lepszy moment do zdania sobie sprawy z tego jakim cudem jest życie? 🙂

Po drodze mijam tez parę, która schowała się w lesie celem penetracji pewnej wilgotnej i ciemnej przecinki w gajówce. Obserwuję kątem oka dziewczynę i stwierdzam, że kiepsko się wpasowuje w Golfa III ale za chwilę przychodzi mi rozgrzeszenie… A pamiętasz siebie w Maluchu? To była jazda! 😀

Wypadam z lasu, klasycznie zrzucam do telefonu trzy wiatraki, mijam drogę, która nazywam 666 ze względu na świetnie odbijające się w kartkach promienie słońca. Jeszcze tylko mały stopień wodny i już jestem w mieście. Staje na nowo budowanym wiadukcie. Obok korek blach ciągnący się do Warszawy. Patrzę na tory kolejowe i rury ciepłowniczej – jakie to wszystko wydaje mi się piękne i harmonijne. Zresztą, tu spędziłem tez trochę dzieciństwa a i endorfiny swoje robią. Przebijam się szybko przez miasto, strzelam fajną fontannę w parku z odbijającym się słońcem w wodzie, samotnego wędkarza, jakiś zachód słońca i dla Ani dla wizualizacji taflę szkła po przebiciu jej przez mój topór 😉 Wystarczyło podać mi rękę – teraz może sobie wyobrazisz to trochę łatwiej. Aby uniknąć plotek zastrzegam, że Ania to moja znajoma i ani ta dziura ani szyba nie ma z nią związku. Odstawiam rower, kask i wyłączam Perfect Life. Słucham w pętli. Nic na to nie poradzę.
Udanego wieczoru! Piszę, bo podobno niektórzy lubią czytać takie zwykłe rzeczy 🙂

https://goo.gl/photos/d7wgKytvoKJoVFrHA

Gra świateł.

Dzisiaj będzie śmiesznie bo przypomniało mi się jak przeprowadzałem swego czasu swoją konkubinę (swoją drogą to kocham to określenie) w NY, w dodatku mężatkę. Co prawda jak mnie zaczęła omamiać, to była w trakcie rozwodu ze swoim mężem katem, palaczem marychy i nałogowym alkoholikiem. 😉 Jak się w temat wkręciłem, to okazało się, że rozstanie się przedłużyło do lat dwóch, ze względu na zasobny portfel owego jegomościa o czym dowiedziałem się o pięć minut za późno. Nie wiem do końca co u niej obecnie, bo przestała mnie dość dawno nagabywać, ale zakładam, że dalej oddaje się emocjom smród marychy w całym domu plus małpki pochowane gdzie się da. Są egzemplarze naszych pięknych pań co to i „utrzymują czasem” przez dłuższy czas, jak mi wyznała pewna inna młoda dama (większość z panów dało by się dla niej pokroić, zostawiłoby Krystynę wraz dziećmi jak Kaziu Marcinkiewicz na pstryknięcie w palce a ta cholera upodobała sobie margines). Nie wiem co to za prawidłowość ale seks z takimi paniami jest po prostu przeżyciem z najwyższej półki – to tak na marginesie. 😉 Wracając do mojej konkubiny to innymi słowy, szydło jak zwykle wyszło z worka pięć minut po czasie a nie za pięć dwunasta. 😉 Człowiek samotny, kupę lat z jedną kobietą wierzył w każde słowo niczym w relikwię. W sumie, przecież ja sam zawsze dotrzymywałem słowa, to czemu tu miałoby być inaczej w tym wypadku? 😀

Jak zwykle w moim życiu, niemal wszystkie relacje z kobietami (i te epizodyczne i te dłuższe) mogłyby śmiało posłużyć za scenariusz filmowy, tu jednak było nieco dramatycznie i śmiesznie z perspektywy czasu. Jak mawiają, frajerów nie sieją, sami się rodzą – aczkolwiek z dystansu oceniam ten nasz układ jako dobrą szkołę życia dla mnie i jeden z przyczynków zainteresowania mechanizmami rządzącymi główkami naszych pięknych pań 🙂 Tak czy owak, im dalej w las, tym…bardziej ciemno.

Dostaję telefon – Misiu! Mam dość! Wyprowadzam się, ale musisz przyjechać i mi pomóc, bo ten psychopata mnie zabije a ja muszę wynieść wszystko z domu w czasie, gdy on jest w pracy. Inaczej on mnie nie puści bo będzie błagał, kupi sto róż, będzie prosił o jeszcze dwa dni, później wyjmie rewolwer i zacznie szopkę z rosyjską ruletką a ja kocham tylko ciebie i z tobą chce być 😀

Który prawdziwy facet na takie dictum nie rzuciłby wszystkiego i popędził ratować swą wybrankę z rąk oprawcy? 😀

OK, wpadam na skyskaner i łapię jakieś dziwne połączenie do NY za całe 1350 złotych w dwie strony! Bilet kupuję przez Iberię, realizuje go BAE a wracam Lotem 😀 W sumie mi pasuje, bo wówczas pojawiły się we flocie naszego wspaniałego przewoźnika Dremlinery, więc tym bardziej temat mi przypasował! Pakuję się w starego A310 na Okęciu, aby po dwóch godzinach lądować na Heathrow. Wrzucam jakieś sushi i przemieszczam się do Terminala 5. Ostre trzepanko jak zwykle na transatlantyk i już jestem w środku B777. Przechodzę na koniec samolotu, klepię zawsze tak zwany shit place przy toalecie na końcu samolotu, bo są tam tylko dwa fotele a ja nie lubię jak mi ludzie łażą po nogach, więc nawet trzask drzwi od owego przybytku nie przeraża mnie szczególnie. Naglę widzę w przejściu zator i szumek tłumu…O Jesus, what the hell? Patrzę a tam dość duża pani zaklinowała się między fotelami i szarpie się mocno z walizką blokując przejście. Pot płynie jej po skroni a ludzie syczą. Szybka decyzja, przeskakuję drugim rzędem między fotelami, upycham jej walizkę w luku i pomagam usiąść…Pani z wyraźną ulgą żegna mnie powtarzanymi wielkorotnie God bless you, God bless you. OK, no problem, teleportuję się na swoje miejsce, wpinam słuchawki w telefon, wyjmuję książkę i zatapiam się w fotelu klasy turystycznej 😀 Nagle ktoś delikatnie dotyka mnie za ramię, zdejmuję słuchawki a tu śliczna stefka w obcisłym ubranku BAE pyta mnie czy nie miałbym ochoty na darmowy upgrade do klasy pierwszej, bo byłem taki miły dla tej pani i w ogóle 😉 Oczywiście nie protestuję i resztę lotu spędzam w znakomitym towarzystwie, bo przypadkiem całkiem blisko mnie leci nie kto inny tylko…Sting 😀

Wysiadam na JFK, wychodzę z terminala i już czuję jej zapach i smak, to wspaniałe uczucie, gdy rzuca mi się w objęcia a ja tonę w jej włosach wąchając je zaborczo! Jeszcze chwila, moment…mija godzina a ja stoję 😀 Dzwonię, nie odbiera. Dobra myślę sobie, wychodzę na postój, krótka kolejka i już siedzę w vanie, który mknie w kierunku miasta. Co się okazuje, kierowcą taksówki jest…Rosjanin, który lepiej mówi po Polsku niż po Angielsku, co nie zmienia faktu, rzeczy że zupełnie nie orientuje się, gdzie jest wskazany przeze mnie adres! 😀 Na Manhattan z JFK jest fixed rate za taryfę, więc wisi mi tak naprawdę jego zakłopotanie ale, że jest 23:30 a mnie się kleją oczy mam po chwili dość. Opieprzam go ostro i każe się wysadzić przy przystanku metra w okolicy Ground Zero. Uff…oddycham spokojniej kiedy czuję nowojorskie powietrze i huk wentylatorów od klimatyzacji. Wsiadam w metro a później w pociąg i po godzinie jestem w hotelu.

Dzwoni moja baby…przepraszam kochanie, ale nie mogłam wyjść po Ciebie na lotnisko bo mnie szarpał i groził mi. Jesteś na miejscu? To dobrze skarbie, jutro pokaże Ci notatkę z policji, że nie kłamię 😀 Haha – od pół roku jej mówiłem, żeby się wyprowadziła, bo ją w końcu ten koleś przefastryguje a szkoda by było takiej ładnej buźki. Co zrobić – argumenty logiczne nie docierają do pewnych główek a ja nie mam ochoty na fortele, bo jestem już tym wszystkim zwyczajnie zmęczony. Rano czekam na nią w kafjece przy Ground Zero, jem śniadanie, kawa – jest spox. Mija 11ta a jej nie ma 😀 Dzwonię – przepraszam kochanie zaspałam. Już pędzę! Robię jej zjebkę i czuję, że coś tu nie gra 😉 Trudno, skoczę sobie do Jersey na koncert Bon Jovi w razie co, bo akurat się ma odbyć…Mija kolejna godzin a i widzę ją. Podchodzi do mnie i wtapia się we mnie. Oczywiście na chwilę tracę koncentrację i pozwalam się ponieść diabelskiej mocy 🙂

Plan jest prosty. Nie ma mowy o przeprowadzce profesjonalnej, bo po pierwsze za dobra dzielnica, żeby nikt się nie zorientował, po drugie całego dobytku jest jakieś 20 kartonów w tym torebek za 300tys. złotych, które tamten miś w dowodzie wdzięczności pani zakupił, do tego trochę butów ( o tym później, bo to właśnie główny katalizator tego, że mi się to przypomniało) o wartości jakichś 100tys. no i hit sezonu czyli…pierścionek zaręczynowy od Tiffanego, który to za całe 100tys. papierów ów miś kupił w dowód swej dozgonnej miłości. Czemu to wspominam? Bo pani kiedyś stwierdziła, że jeśli myślę poważnie o relacji z nią to muszę go przebić 😀 😀 😀 Oczywiście temat wyśmiałem sugerując zakup pierścionka na odpuście 😉 Ludzie to mają pomysły, co nie?

Żeby nie przedłużać, bo takich historii mogę walić bez liku 😉 łapię na rogu taryfiarza w vanie i proszę, żeby wezwał kolegę bo trochę gratów będzie to transportu. Jedziemy razem na dół Manhattanu, po chwili zjawia się druga taryfa, dość duży Jeep. Moja baby wychodzi z domu wynosząc torby a my we trzech wpadamy i zaczynamy nosić pudła. Trochę dziwnie się czuję widząc w kiblu czyjeś przybory do golenia, syf nie z tej ziemi, ręczniki czarne…kątem oka zauważam w sypialni zdjęcie mojej baby przy łóżku wraz ze swym ślubnym. Siłą rzeczy przychodzi mi do głowy – chłopie! Ale dałeś się wkręcić! Zobacz co Ty robisz! Może to porządny facet? Ech…jak wspomniałem. Pięć minut po czasie a takie dziewczyny mają doskonałe wyczucie chwili 😉

Kończymy wynosić graty i oba samochody ruszają ostro w kierunku nowego apartamentu mojej baby 😉 To trochę inne obszary Manhattanu ale nadal dość dobra, schludna dzielnia, portier na dole itp. Wnosimy graty i zaczyna się… układanie pudełek z butami 😀

Cała ściana w jednym z pomieszczeń do szafa a w tej szafie od sufitu do podłogi układamy…buty. Każda para w osobnym pudełku i osobnym specjalnym woreczku. Ponieważ trochę nam schodzi jestem zmuszony wysłuchiwać historii każdej z nich 😉

Zobacz Miś! Te na wyprzedaży w Macys dostałam miesiąc temu! Dwa i pół tysiąca dolarów kosztowały a ja je wyjęłam za osiemset! Czujesz Miś qrwa! Za osiemset!!!!!

Nie chciałem jej psuć humoru bo wiem, że w US cena regularna służy tylko i wyłącznie temu, aby frajer przepłacający za metkę poczuł się lepiej mając wrażenie, że zrobił mega biznes. Na końcu robię zdjęcie tej ściany. Tam jest ze trzysta par. Oczywiście wszystko kupił ten biedny facet nie zdający sobie zupełnie sprawy z prawdziwej natury swojej lady :/ Ech…

Wieczorem wpadamy na Broadway, wspaniałe przedstawienie, jestem urzeczony Upiorem w Operze i tu następuje zgrzyt. Pani zmusza mnie niemal siłą do zakupu jakiegoś debilnego foldera z płytą DVD za niemal trzysta baksów. Tu nie chodzi o to,że mnie nie stać czy jej żałuję ale to jest qrwa lekka przesada dać za kawałek papieru i plastiku 1200 złotych! 😀 Oponuję i ostro mówię, że nic z tego! I wtedy się zaczyna! Wyzwiska, wypominania – trzymam gardę, łapię taryfę…w środku ciąg dalszy. Są straszne korki więc jedziemy dość długo, w końcu moja baby nie wytrzymuje mojego spokoju i próbuje mnie uderzyć. Stawiam blok ale na to reaguje taryfiarz hamując ostro. Odwraca się i mówi…

Albo ją uspokoisz albo wypierdalaj z samochodu!

To na chwilę opanowuje krewki temperament mojej pani i spokojnie już docieramy do jej domu. Wysiada, nie chce się z nią pożegnać, zwalniam taryfę i idę do metra. Nagle słyszę krzyk….

Rafał! Rafał!!!! Poczekaj! Dopada mnie i rzuca mi się w ramiona! Przepraszam, kocham Cię nie wiem co się ze mną dzieje itp.

Załatwiam ją dość chłodno i odchodzę. Rano mam samolot do kraju. Przyjeżdża do mnie wieczorem, jest bardzo gorąco…rano jedziemy razem metrem – ja na lotnisko, ona do pracy. Wysiada na jakimś łączniku przytulając mnie mocno. Mówię…wiesz, że widzimy się po raz ostatni? Tak wiem…Trzymaj się Rafał…

Siadam w fotelu Dreamlinera i dopiero wówczas czuję co się stało. Kolejne dwa lata życia jak krew w piach…

Różowa mgiełka na Okęciu i wprost z lotniska na spotkanie biznesowe. Daję radę choć ciężko się skupić. Wieczorem kładę się spać w domu, mimo że czuję jet lag. Rano na telefonie 40 nieodebranych…

Życie.

Themaskator