Myśliwi i zwierzyna.

Klasyka gatunku:

„Ten ktoś, kto sam czuje się bezwartościowy, jeśli ma partnera, który okazuje mu zainteresowanie, może nawet nieświadomie, czy też półświadomie, wydedukować, że z partnerem coś jest nie w porządku, skoro interesuje się kimś takim jak on! Ja jestem bezwartościowy, a on się mną interesuje – więc jest z nim coś nie tak.”

Świetny tekst!

Idąc dalej:

„A czy jest jakiś typ osób, które częściej padają ofiarą takich ludzi, są bardziej podatne na pakowanie się w takie toksyczne relacje i tkwienie w nich?

Jest taki gatunek ludzi, nazwałbym go „osoby dobre”. Skrajnie dobre. To takie, które chcą pomóc i – co ważne – są skłonne do autorefleksji. Ktoś bezrefleksyjny, czyli przysłowiowy „młotek”, jeśli stanie się obiektem ataku toksycznej osoby, najczęściej odeprze go bezpardonowo: „Co się czepiasz? Nie podoba ci się coś, to spadaj”. I koniec tematu, taka osoba na toksyczność się nie zahaczy. Osoby autorefleksyjne, kiedy pada pod ich adresem zarzut, nie zbywają go krótkim „spadaj”, tylko zaczynają drążyć, szukać przyczyny – najczęściej w sobie. Osoby dobre bardzo łatwo padają ofiarą.”

Plus syndrom odrzucenia i mamy gotową receptę na udane życie.

Ktoś się jeszcze dziwi Beksińskiemu, Stedowi, Zentarze?

Bexa zawsze zapraszał znajomych do restauracji chińskich na obiad. Zawsze też za te przyjęcia płacił. Kiedyś coś się w nim zbuntowało na skutek autoterapii i przestał ich zapraszać. Co się stało? Nic. Przestali się do niego odzywać.

Główne pytanie pozostaje otwarte – czy błąd Matrixie jest w nas czy na zewnątrz a my jesteśmy jego pochodną czy odwrotnie?

https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,16984324,Toksyczne_zwiazki.html

Wychodzę do ludzi bo muszę.

Wczoraj znów skasowałem wszystko, uprzednio dając upust emocjom a przy okazji byłem nieprzyjemny dla ludzi, których tak naprawdę nie znam, a którzy być może są w identycznej sytuacji jak ja, tylko ani nie potrafią ani nie mogą tego w żaden sposób z siebie wyrzucić. Bezpośrednim katalizatorem mojej wściekłości a w rezultacie załamania był fakt, uszkodzenia karty miejskiej, jaką próbowałem doładować Synowi, aby mógł jeździć autobusami do szkoły. Wizyta w MZDiK oraz panujące tam realia, konieczność zapłacenia 10 złotych za gówno, które ni z tego ni z owego przestało działać przybiło mnie dokumentnie. Nie potrafię zrozumieć, komu przeszkadzały zwykłe bilety miesięczne, normalna legitymacja i znaczek. Jakiś baran czujący potrzebę nowoczesności postanowił wprowadzić w życie kawałek plastiku, w dodatku na przestarzałej magnetycznej technologii (w erze chipa) czym wywołał moją głęboką frustrację. To wszystko buzuje mi się w głowie i mimo, że jestem bardzo uprzejmy w stosunku do tych starszych pań miotających się pomiędzy skanerem a terminalem do płatności bankowych nie mogę się powstrzymać od ironii związanych z systemem. Jak znam życie to jeszcze ktoś na tym syfie zarobił, zmuszając dodatkowo ludzi do korzystania, z czego, na co nie mają ochoty. Gdyby pozostawiono te cholerne bilety miesięczne, bo wówczas nikt by nie kupił tego kawałka syfu z tworzywa sztucznego i jełop, który to wprowadził miałby klapę a nie sukces a tak po roku gazeta wybiórcza napisze, że mieszkańcy miasta chętnie korzystają z karty miejskiej, bo wydano jej już ponad 25tys. Sztuk. Sukces! Tylko, czemu do diaska zawsze na fundamentach ze zniewolenia ludzi? Coś, co jest naprawdę dobre nie wymaga żadnej reklamy a tym bardziej zabiegów typu wycofajmy coś tam to oni będą bez wyjścia i wezmą to, co my chcemy. Co za bydło?!
 
Dalej dwa wezwania do Urzędu Miejskiego. Uprzednio wzywani byli moi sąsiedzi pod karą grzywny 1800 złotych, aby zaświadczyć, iż uporczywie nie odbieram korespondencji. To prawda! Nie odbieram NIEZAMAWIANEJ korespondencji, nie reaguję na dzwonek do drzwi, nie chcę, aby mnie nachodzono, – jeśli coś zamawiam lub spodziewam się listu, wówczas jak najbardziej. Najgorzej nie znoszę pewnego typa z wodociągów, który podjeżdża samochodem celem spisania liczników i ustawia ów wehikuł w taki sposób, że blokuje mi wyjazd z garażu. Nigdy nie zwróciłem mu na to uwagi, bo pewnie poczułby się w jakichś sposób dotknięty, ale niesmak zostaje. Poza tym parę razy opieprzał mnie w sposób dość agresywny, że mu wyniki spadają, bo nie może dokonać spisu licznika u mnie już przez kwartał! Schowałem w sobie niechęć, pozwoliłem spisać ten cholerny licznik. Ulga przyszła wówczas, gdy mechanizm bramy skończył się zamykać. Okazuje się, że koleś spisujący liczniki przypomina mi mnie, jako kształtowanego dwadzieścia la temu korpoludka, łykającego wszelkie bzdury, które miały prowadzić do celu a nigdy nie prowadziły. Ktoś słyszał kiedyś, żeby oszustwo w długim czaso-okresie coś dało w tej materii? Ja nigdy, ale z tego, co widzę dalej to robią. Jedni pieprzą innym bzdury (motywacja), drudzy udają, że to kupują (dali się zmotywować), po czym wszystko wraca do porządku. Tym porządkiem jest poczucie, że nic tu nie gra. Zresztą w firmie to samo – kompletny chaos. Ukryłem się dość mocno i nie próbuję nawet walczyć z czymkolwiek pamiętając jak kilka lat temu prawie obcięli mi łeb, bo jak zwykle pracując w organizacji widziałem przede wszystkim interes jej i ludzi, którzy ją tworzyli a nie garstki kanalii rozdających karty. Ludzie są nienachapani. Przeraża mnie to. Qrwa, ileż samochodów, działek, debilek na obcasach czy złotych zegarków trzeba posiadać być czuć się dobrze? Jest taka liczba, czy też nie ma? To jest jeden z moich problemów – nie potrafię zrozumieć zachłanności, choć potrafiłem ją w przeszłości powiedzmy to emulować tworząc całkiem dobrą maskę umożliwiającą mi brylowanie wśród takowych indywiduów. To zresztą do dziś jest powodem pewnego ukrytego wstydu.
 
Wróćmy, zatem do urzędników. Podjechałem na parking w pobliżu, wykupiłem bilet za dwa pięćdziesiąt widząc chowającą się w krzakach z aparatem cyfrowym kontrolerkę, czekającą z głodnym niczym wilczyca z małymi na przednówku wzrokiem na ewentualną ofiarę. Wystarczy kilka sekund zwłoki i już traaaach! Fota poszła, wezwanie wypisane uprzednio gotowe, tak żeby nie trzeba było ofierze spojrzeć w oczy, podbiega…numer auta, za wycieraczkę i w długą! Dalej masz człowieku dwa wyjścia. Albo płacisz, albo użerasz się w kolejnym urzędzie z kobietą (nie wiem, czemu, ale we wszystkich biurach łamana jest zasada równości wobec płci, jako że na dziesięciu urzędników tylko jeden to facet), której rozumienie rzeczywistości jest łagodnie mówiąc na poziomie ciebie z okresu, gdy miałeś czternaście lat, dodatkowo zaaferowanej ocenianiem smaku naleśników koleżanki i konsumpcją podłej kawy zaparzonej w starym, pokrytym kamieniem czajniku elektrycznym. Dwie bite godziny w piach. Lepiej już kupić ten bilet…
 
Wchodzę do okienka, dowodzik, szesnaście podpisów czytelnych i nieczytelnych i okazuje się, że cała zadyma z szukaniem mnie przez straż miejską, wzywaniem na świadków sąsiadów, straszeniem ich karami finansowymi miała na celu jedno. Zapędzić mnie do jaskini lwa, czyli przybytku zajmującego się rozliczaniem deklaracji śmieciowych. Rzadko odwiedzam przybytki pod nazwami urzędów, bo ma chroniczną niechęć i wstyd do bezproduktywnych poczynań rodzaju ludzkiego. Czytanie książki przez osiem godzin, przez jednego człowieka daje społeczeństwu więcej wartości dodanej niż przerzucanie papierów we wszystkich urzędach w całym kraju. Co zrobić? Nasze życie to fikcja. Zajmujemy się wszystkim tylko nie życiem a kiepskie aktorstwo jest główną domeną, począwszy od życia rodzinnego, poprzez znajomości (większość) a skończywszy na pracy. Chodząc po przepastnych korytarzach urzędu miejskiego w moim mieście zdałem sobie sprawę z jak potężnym teatrem mam do czynienia! Kilka pięter, setki pokojów, w każdym po kilka kobiet i jeden facet – nieprawdopodobna machina domaga się atencji, której ofiarą się stałem. Po pół godzinie poszukiwania pokoju numer 3 udaje mi się w końcu dotrzeć do sporego pokoju, w którym siedzi sześć kobiet i jeden pan. Z głośników przyniesionych z domu ryczy jakieś disco polo a jedynym pozytywnym akcentem jest piękna paproć w rogu sięgająca sufitu, która chyba tylko, dlatego tak ładnie rośnie, że jest rzadko podlewana i nikt się nią nie interesuje. Pani mierzy mnie ostrym wzrokiem – uuuuu pan to jesteś mój ulubiony klient! Wypełniam jakiś druk (po raz chyba szósty już ten sam), gdzie w kilku rubrykach piszę wiele razy nazwę miasta, w którym mieszkam, no, bo przecież jakiś misiu stworzył sobie formularz, który był przedyskutowany na Sali konferencyjnej z projektorem, zatwierdzony, zapłacony, wydrukowany – trzeba go wypełniać tak często jak się da. Pani informuje mnie, że obniżyli mi opłaty za wywóz śmieci z 20 złotych na 15 złotych miesięcznie i w związku z tym poszukiwała mnie straż miejska! Pysznie.
 
Wychodzę z tych przybytków tak zmęczony fatalną energią snującą się po tych korytarzach, że mam ochotę natychmiast zasnąć. Nic z tego. Muszę jeszcze pojechać do mieszkania po zmarłej niedawno bliskiej osobie i poprzenosić, co nieco do piwnicy i garażu. Jestem z reguły sknerą a skoro mam zdrowe ręce, plecy i nogi to nie będę zlecał roboty na zewnątrz tylko ogarnę do z Synem. Idzie nam nadzwyczaj dobrze, bo zawsze jest tak, że wszelkie czynności wykonywane z dziećmi wspólnie cementują więź między bliskimi, są źródłem nauki o sobie i dają mnóstwo satysfakcji. W międzyczasie koresponduję z kilkoma miłymi ludźmi na FB oraz staram się odtrącić pewną mężatkę, która na siłę zabiega o moją atencję, mimo, że daje jej do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany interakcją. W końcu jej działania zamieniają się w monolog, w którym zaczyna mnie wyraźnie zaczepiać w sposób niegrzeczny. Wieje od niej złem i niekorzystną energią, patrzę na zdjęcia i przerażam się – czarownica w czystej postaci. Teksty w stylu wyszłam za mąż z rozsądku, to dobry mąż, ale nie kocham go i szukam emocji doprowadzają mnie do szewskiej pasji, ale tłumię emocje i staram się ją ignorować. Po pracy wpadamy z Synem na kolację do pewnej fajnej knajpki i po 20tej jestem w domu. Rytuał, czyli przegląd wiadomości spoza ścieku, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie a nie, co mam wiedzieć, trochę forów dyskusyjnych no i jestem na FB. Przeglądam zdjęcia kolegi, który akurat jest w US i przypominam sobie o projekcie przejechania Stanów w poprzek. Zrealizuję go w przyszłym roku, bo jeszcze nie zdarzyło się, aby coś zadeklarował i nie zrealizował. W ekstremalnej sytuacji zrobię to sam.
 
Odzywa się do mnie pewna znajoma sprzed jakiegoś czasu, unikająca dłuższy czas moich prób nawiązania kontaktu w czasie, gdy zawiesiła mnie na pętli emocjonalnej i obserwowała z lubością jak dyndam. Zalałem ją wówczas trzema stu litrowymi workami butelek po piwie i jakoś wróciłem do reala. Po roku z górką dostaję kapitalną wiadomość – co u ciebie słychać? Stęskniłam się…Zaglądam na profil, fota ta sama, co kiedyś (nieaktualna – nigdy tak nie wyglądała, nawet jak ją znałem). Obserwuje tkliwych nihilistów, eskejp from rialiti, jesteśmy dorośli, jak to się stało, smutne wiersze, smutnych ludzi, ciemna rzeczywistość – jak widzę tu tez bez zmian. Kreujemy się na zagubioną we współczesnym świecie, smutną intelektualistkę. Nie odzywam się nic do chwili, gdy nie wpadam na grupę – imprezy w Spiżu w Katowicach, wspomnienia wracają a ja dziś widzę na pięknych fotach jak tańczy z uśmiechem na twarzy z jakimś typem w spodniach jak od piżamy. Sama w butach na koturnie (nienawidzę, bo niszczą piękno kobiecej nogi)! Ktoś mało wyrobiony teraz dojdzie do wniosku – no tak! Nie zaleczył się i go wzięło. Nic z tych rzeczy. Wzięła mnie, ale straszna złość, że w tak prymitywny sposób dałem się podejść dość lekko podchodzącej do życia i ludzi osobie posiadającej jedną umiejętność – kreowania się na kogoś kim nie jest. Blokuję ją na FB, oczywiście nic nie odpisuję.
 
Zaczyna coś buzować, kolega zupełnie nieświadomie przywołuje obraz mojej pierwszej dziewczyny i miasta skąd pochodzi, ciśnienie rośnie, kiedy nagle dopada mnie „czarownica mężatka” niemal wrzeszcząc CAPS LOCKIEM, że ONA SIĘ PYTAŁA CZY JA BYŁEM ŻONATY a ja nie odpowiadam i tak trzy czy cztery razy na zasadzie copy paste (znam te klimaty, koleś beton zarabia pieniądze i żre czipsy z biedry popijając hop colą a ona się nudzi, bo jedyne co ich łączy to węzeł małżeński). Tu miało być ” 😀 ” ale nie będzie, bo mi jej żal. Wiem – głupi jestem.
 
W ogóle jej nie odpowiadałem poza zdawkowym dawaniem do zrozumienia, że nie znajdziemy wspólnego języka. Znów atak, tym razem już bardzo nisko, że żaden prawdziwy facet nie uzewnętrzniałby się tak jak ja, znakiem tego muszę być ciotą. Zazwyczaj olewam takie teksty, bo to jest klasyka manipulacji u kobiet, zresztą dość prymitywna ale po całym dniu i refleksjach z nim związanych pękam i…każę jej wypierdalać (może kiedyś opiszę ten dość powszechny u części kobiet mechanizm wyprowadzania facetów z równowagi tylko po to, aby wybuchnęli, bo to wprowadza nas w poczucie winy a tu już tylko krok do osiągnięcia tego co się chce, czyli wykorzystania przewagi emocjonalnej – mięśnie przy tego typu przemocy to są dziecinne zabawki).
 
Zaraz po wysłaniu tych słów dopada mnie najpierw wściekłość, bo dałem się sprowokować a za chwilę poczucie słabości. Piszę jakieś emocjonalne pożegnanie, którego nawet w tej chwili nie pamiętam. Rano usuwam wszystko z FB i czuję jak się rozpadam. Kurde, czy naprawdę jedyna nadzieja dla mnie jest w samotności? Lubię pisać, niektórzy ludzie lubią to czytać, daje mi to namiastkę poczucia, że robię coś wartościowego, coś co może u kogoś wywołać grymas śmiechu na twarzy a może łzę wzruszenia?
Przepraszam wszystkich ale nie wytrzymałem wczoraj. Nie będę się tłumaczył z fundamentów dlaczego jestem tak rozstrojony, żeby nie dawać jakiejś kolejnej kreaturze narzędzia do ataku.
 
Piszcie dzienniki, bo inaczej, albo zabetonują Was w Matrixie albo zwariujecie nie poddając się temu wszystkiemu.
Dobrego dnia.
Rafał

Instytucja pampersa.

Tego chyba nie było? Powstało w czasach, gdy miałem przyjemność obcować z kobietą naznaczoną mężczyzną pampersem 😉 gdyby nie szybka umiejętność rozeznania w sytuacji, mógłbym popaść w niezłe tarapaty.

Otóż męski pampers jest to jeden z lepszych sposób na poderwanie współczesnej, wyemancypowanej kobiety a jak zdążyłem się zorientować wielu braci mych kochanych bardziej lub mniej świadomie wykorzystuje ten stan ku uciesze własnej a mniejszej płci pięknej – do rzeczy, zatem 😉

Otóż męski pampers odpowiada żywotnym potrzebom wykazania własnej siły i wartości wielu kobiet, które w ten sposób realizują się życiowo. Oczywiście wszystko odbywa się podświadomie, bo gdyby odbywało się świadomie to zjawisko męskich pampersów nie miałoby racji bytu, ewentualnie jedynymi osobnikami żyjącymi w symbiozie z owymi panami byłyby ich matki, przy czym nie ma znaczenia czy pan jest murarzem, cieślą czy wziętym informatykiem – chodzi o pewien schemat.

Czytaj dalej „Instytucja pampersa.”

Alternatywna rzeczywistość.

Monika wyszła przed niewielki ale bardzo przytulny dom z bali, który Rafał zbudował na niewielkim zboczu u podnóża starego, szumiącego lasu. Dziewczyna uwielbiała wręcz to miejsce, które w niesamowity sposób kojarzyło jej się z dzieciństwem. Był środek czerwca, słońce operowało wysoko dając dużo nadziei, ciepła i radości. Niewielki wiaterek owiewający jej drobną, zgrabną sylwetkę był równoważony przez ciepło kubka z herbatą, który ściskała w dłoniach siedząc na ganku. Zwisające odnogi pelargonii i innych kwiatów tworzyły dość magiczną scenerię tego miejsca. Czuła się naprawdę bezpieczna i kochana. Rafał był co prawda na polowaniu, ale za ścianą w pięknej drewnianej kołysce wystruganej ręcznie spała ich córka Liv. Gdyby Monika błądząc w ciemności jeszcze dwa lata temu pomyślała, że w końcu znajdzie bezpieczną przystań, a lęki odejdą nigdy by w to nie uwierzyła…
Przeciągnęła się dość mocno jednak odprężenie przerwał grzecznie kłaniający się sąsiad, który akurat przechodził w pobliżu jej domu. Dziewczyna zawstydziła się lekko krzywiąc twarz, bo człowiek ten spojrzał na nią akurat wtedy, gdy na jej twarzy zakwitł grymas spowodowany przeciąganiem się.

Dzień dobry Monika!

Dzień dobry panie Stanisławie, piękna pogoda dziś – zagaiła z uprzejmości starszego pana.

O tak, zresztą przy tak miłej sąsiadce zawsze jest dobra pogoda – odparł Stanisław, dźwigający dość potężną piłę, z którą wybierał się na wyręb do pobliskiego lasu.

W domu zadzwonił telefon. Monika zgrabnie podskoczyła wpadając z impetem do domu.

Halo! – nieco zachrypniętym głosem odezwała się do słuchawki starego aparatu typu Bratek.

Dzień dobry Pani, dzwonię z fundacji pomocy dzieciom autystycznym, nazywam się Rolsen. Czy możemy chwilę porozmawiać? – zaskrzeczał męski głos po drugiej stronie słuchawki.

Monika obdarzona nadzwyczajną wyobraźnią i artystycznym talentem natychmiast próbowała sobie wyobrazić jak wygląda tajemniczy nieznajomy budując jego obraz na bazie głosu…
Bardzo proszę, a o co chodzi? – spytała zaciekawiona.
Droga pani, otóż widziałem na jednej ze stron internetowych, a także w pewnym sklepiku w Kazimierzu nad Wisłą rysunki, które nadzwyczaj mi się spodobały. Ilość emocji przekazywanych przez artystę poraziła mnie do tego stopnia, że postanowiłem kupić jeden z nich a także dowiedzieć się, kto jest ich autorem – Rolsen stracił na chwilę wywód, gdyż mówił bardzo emocjonalnie i zabrakło mu oddechu…

Tak? Ale w czym mogę pomóc? – odparła Monika

Otóż droga pani, dowiedziałem się, że to właśnie pani jest ową artystką, której rysunki tak mnie urzekły. Dostałem ten kontakt nie bez przeszkód od pani męża, tylko dlatego, że wiedział iż sprawa, z którą do pani dzwonię na pewno będzie istotna. Zresztą kontakt do niego udało mi się dostać w owej niewielkiej galerii nad Wisłą.
Och, rozumiem – bardzo mi miło! – odparła Monika czując jak lekko się rumieni.

Dziewczyna nigdy nie miała wiary we własny talent, ta słabość do czasu, gdy Rafał nie podjął z nią zdecydowanej walki była przyczyną wielu problemów w życiu naszej bohaterki. Poczucie jej wartości i znaczenia dla świata w sensie wartości wyższych rosło od chwili kiedy zaczęli być razem w sposób bardzo harmonijny. Talent rozkwitł do tego stopnia, że Monika momentami pod wpływem tego jak bardzo jej obrazy dają radość odbiorcom nie dość, że zmieniła tematy, które przelewała ołówkiem na papier, to jeszcze to co przekazywała stało się jasne i pełne życia. Smutnym, zgnębionym postacią ustąpiły obrazy uśmiechniętych dzieci w ogrodzie, martwej natury, która zdawała się żyć na jej dziełach oraz życie ptaków i zwierząt domowych. Zresztą, miała swoją niewielką pracownię, którą Rafał specjalnie zaprojektował dla niej. Prawdę mówiąc to poczytywała do pewnego czasu tę jego troskę o nią jako słabość, dopóki nie zrozumiała, że to co robił było częścią większej całości, która w finale miała spowodować, że życie ich obojga ulegnie diametralnej zmianie. Zresztą ten proces się już zaczął…Monika po chwili zamyślenia wróciła do rozmowy…
Otóż, droga pani, jak wspomniałem na początku, jestem prezesem pewnego stowarzyszenia, które pomaga dzieciom. Pokazałem pani rysunki pewnym bardzo wpływowym osobom i okazało się, że ludzi ci są bardzo zainteresowani pani twórczością. W związku z tym przyszło mi do głowy, żeby zorganizować galerię rysunków jako główny event imprezy charytatywnej, która odbędzie się w Warszawie. Czy pani byłaby zainteresowana? Słyszałem, że tych rysunków jest więcej, tylko nie wszystkie chce pani eksponować?
Ojej, zaskoczył mnie pan! Proszę wybaczyć, ale nie wiem co powiedzieć, może myli mnie pan z kimś? – skromność Monika była wręcz podręcznikowa, co zresztą był jednym z elementów fascynacji jej osobą przez Rafała.

Na chwilę zapadło milczenie…

Czy słyszy mnie pani? – spytał Rolson

Tak – przepraszam, mam bardzo emocjonalną naturę i jestem zaskoczona – odparła Monika.

Rozumiem, bardzo przepraszam, że wprowadziłem panią w zakłopotanie – odparł smutnym, wieszczącym klęskę głosem Rolson.

Och nie, wszystko w porządku! A kiedy miałby się odbyć ten wernisaż? Wie pan ja mam małe dziecko no i chciałabym uzgodnić to z mężem… – odparła powoli Monika.

Rozumiem, całość będzie miała miejsce we wrześniu w Zachęcie. Będą naprawdę szacowni goście i sądzę, że pani prace spotkają się z dużym zainteresowaniem. Całość dochodu z wernisażu przekażemy dla chorych dzieci z pobliskiego miasteczka. Jest tam szkoła, która dość mocno podupadła ze względu na brak finansowania, a sądząc po zasobności portfeli naszych gości, sądzimy, że zbierzemy dość duże środki. Czyli byłaby pani wstępnie zainteresowana? – z nutką nadziei w głosie zapytał Rolson

Tak…sądzę, że tak, ale muszę to uzgodnić – odparła Monika.
Rozumiem, czy tantiemy w wysokości 50% uzyskanej kwoty z licytacji każdego rysunku byłyby dla pani satysfakcjonujące. Oczywiście gwarantujemy noclegi, oprawę no i oczywiście udział w raucie, którym chciałbym przedstawić panią naszym gościom – Rolson przeszedł do konkretów.

Panie Rolson – jeżeli jest to akcja charytatywna to ja nie chcę pieniędzy za moje rysunki. Zawsze marzyłam o tym, żeby pomagać innym ludziom, a dziś dzięki takim osobom jak pan, czy mój mąż mogę coś dla nich zrobić i coś po sobie zostawić. Będę wdzięczna, jeśli zapewni pan mi i mojemu mężowi pobyt w stolicy w czasie wernisażu. – odparła dość oschle Monika dotknięta nieco, że ktoś potraktował jej prace mocno komercyjnie.

Oczywiście! Wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Ręczę słowem. Zadzwonię w takim razie raz jeszcze w najbliższy poniedziałek i zaproszę panią na spotkanie, gdzie omówimy szczegóły przedsięwzięcia. Oczywiście rozumiem, że zajmuję się pani dzieckiem więc dostosuję czas i miejsce do pani możliwości – powiedział uprzejmie Rolsen.

Dobrze, bardzo się cieszę! – odparła Monika.

Ja też się cieszę, dziękuję za rozmowę! Było mi bardzo miło i do zobaczenia! – odparł Rolsen.

Do widzenia – Monika odłożyła słuchawkę.

Podeszła do kołyski, dziewczynka spała słodko mocno oddychając. Poprawiła kołderkę i ruszyła znów na podwórko słysząc, że ktoś wchodzi przez furtkę. To był Rafał. Podeszła do niego i przytuliła się mocno…

Coś się stało? – spytał Rafał wiedząc, że Monika kryje uczucia w środku i rzadko bywa wylewna.

Nic się nie stało. Po prostu Cię kocham Rafał! Jestem tego pewna. – odparła wtulając się mocno.

Rafał zręcznie ukrył wzruszenie. Tak właśnie zawsze wyobrażał sobie coś, co ludzie zwą szczęściem. Jeszcze raz okazało się, że tylko czyniąc dobro można zebrać równie dobre plony. Siedli na kamiennym schodku i milcząc patrzyli na zachodzące słońce. Słowa były zbędne – połączenie między nimi tak mocne, że wszelkie dźwięki poza naturą, byłyby tylko zbędnym szumem w tym wszystkim co tworzyło ich…

Gra świateł.

Dzisiaj będzie śmiesznie bo przypomniało mi się jak przeprowadzałem swego czasu swoją konkubinę (swoją drogą to kocham to określenie) w NY, w dodatku mężatkę. Co prawda jak mnie zaczęła omamiać, to była w trakcie rozwodu ze swoim mężem katem, palaczem marychy i nałogowym alkoholikiem. 😉 Jak się w temat wkręciłem, to okazało się, że rozstanie się przedłużyło do lat dwóch, ze względu na zasobny portfel owego jegomościa o czym dowiedziałem się o pięć minut za późno. Nie wiem do końca co u niej obecnie, bo przestała mnie dość dawno nagabywać, ale zakładam, że dalej oddaje się emocjom smród marychy w całym domu plus małpki pochowane gdzie się da. Są egzemplarze naszych pięknych pań co to i „utrzymują czasem” przez dłuższy czas, jak mi wyznała pewna inna młoda dama (większość z panów dało by się dla niej pokroić, zostawiłoby Krystynę wraz dziećmi jak Kaziu Marcinkiewicz na pstryknięcie w palce a ta cholera upodobała sobie margines). Nie wiem co to za prawidłowość ale seks z takimi paniami jest po prostu przeżyciem z najwyższej półki – to tak na marginesie. 😉 Wracając do mojej konkubiny to innymi słowy, szydło jak zwykle wyszło z worka pięć minut po czasie a nie za pięć dwunasta. 😉 Człowiek samotny, kupę lat z jedną kobietą wierzył w każde słowo niczym w relikwię. W sumie, przecież ja sam zawsze dotrzymywałem słowa, to czemu tu miałoby być inaczej w tym wypadku? 😀

Jak zwykle w moim życiu, niemal wszystkie relacje z kobietami (i te epizodyczne i te dłuższe) mogłyby śmiało posłużyć za scenariusz filmowy, tu jednak było nieco dramatycznie i śmiesznie z perspektywy czasu. Jak mawiają, frajerów nie sieją, sami się rodzą – aczkolwiek z dystansu oceniam ten nasz układ jako dobrą szkołę życia dla mnie i jeden z przyczynków zainteresowania mechanizmami rządzącymi główkami naszych pięknych pań 🙂 Tak czy owak, im dalej w las, tym…bardziej ciemno.

Dostaję telefon – Misiu! Mam dość! Wyprowadzam się, ale musisz przyjechać i mi pomóc, bo ten psychopata mnie zabije a ja muszę wynieść wszystko z domu w czasie, gdy on jest w pracy. Inaczej on mnie nie puści bo będzie błagał, kupi sto róż, będzie prosił o jeszcze dwa dni, później wyjmie rewolwer i zacznie szopkę z rosyjską ruletką a ja kocham tylko ciebie i z tobą chce być 😀

Który prawdziwy facet na takie dictum nie rzuciłby wszystkiego i popędził ratować swą wybrankę z rąk oprawcy? 😀

OK, wpadam na skyskaner i łapię jakieś dziwne połączenie do NY za całe 1350 złotych w dwie strony! Bilet kupuję przez Iberię, realizuje go BAE a wracam Lotem 😀 W sumie mi pasuje, bo wówczas pojawiły się we flocie naszego wspaniałego przewoźnika Dremlinery, więc tym bardziej temat mi przypasował! Pakuję się w starego A310 na Okęciu, aby po dwóch godzinach lądować na Heathrow. Wrzucam jakieś sushi i przemieszczam się do Terminala 5. Ostre trzepanko jak zwykle na transatlantyk i już jestem w środku B777. Przechodzę na koniec samolotu, klepię zawsze tak zwany shit place przy toalecie na końcu samolotu, bo są tam tylko dwa fotele a ja nie lubię jak mi ludzie łażą po nogach, więc nawet trzask drzwi od owego przybytku nie przeraża mnie szczególnie. Naglę widzę w przejściu zator i szumek tłumu…O Jesus, what the hell? Patrzę a tam dość duża pani zaklinowała się między fotelami i szarpie się mocno z walizką blokując przejście. Pot płynie jej po skroni a ludzie syczą. Szybka decyzja, przeskakuję drugim rzędem między fotelami, upycham jej walizkę w luku i pomagam usiąść…Pani z wyraźną ulgą żegna mnie powtarzanymi wielkorotnie God bless you, God bless you. OK, no problem, teleportuję się na swoje miejsce, wpinam słuchawki w telefon, wyjmuję książkę i zatapiam się w fotelu klasy turystycznej 😀 Nagle ktoś delikatnie dotyka mnie za ramię, zdejmuję słuchawki a tu śliczna stefka w obcisłym ubranku BAE pyta mnie czy nie miałbym ochoty na darmowy upgrade do klasy pierwszej, bo byłem taki miły dla tej pani i w ogóle 😉 Oczywiście nie protestuję i resztę lotu spędzam w znakomitym towarzystwie, bo przypadkiem całkiem blisko mnie leci nie kto inny tylko…Sting 😀

Wysiadam na JFK, wychodzę z terminala i już czuję jej zapach i smak, to wspaniałe uczucie, gdy rzuca mi się w objęcia a ja tonę w jej włosach wąchając je zaborczo! Jeszcze chwila, moment…mija godzina a ja stoję 😀 Dzwonię, nie odbiera. Dobra myślę sobie, wychodzę na postój, krótka kolejka i już siedzę w vanie, który mknie w kierunku miasta. Co się okazuje, kierowcą taksówki jest…Rosjanin, który lepiej mówi po Polsku niż po Angielsku, co nie zmienia faktu, rzeczy że zupełnie nie orientuje się, gdzie jest wskazany przeze mnie adres! 😀 Na Manhattan z JFK jest fixed rate za taryfę, więc wisi mi tak naprawdę jego zakłopotanie ale, że jest 23:30 a mnie się kleją oczy mam po chwili dość. Opieprzam go ostro i każe się wysadzić przy przystanku metra w okolicy Ground Zero. Uff…oddycham spokojniej kiedy czuję nowojorskie powietrze i huk wentylatorów od klimatyzacji. Wsiadam w metro a później w pociąg i po godzinie jestem w hotelu.

Dzwoni moja baby…przepraszam kochanie, ale nie mogłam wyjść po Ciebie na lotnisko bo mnie szarpał i groził mi. Jesteś na miejscu? To dobrze skarbie, jutro pokaże Ci notatkę z policji, że nie kłamię 😀 Haha – od pół roku jej mówiłem, żeby się wyprowadziła, bo ją w końcu ten koleś przefastryguje a szkoda by było takiej ładnej buźki. Co zrobić – argumenty logiczne nie docierają do pewnych główek a ja nie mam ochoty na fortele, bo jestem już tym wszystkim zwyczajnie zmęczony. Rano czekam na nią w kafjece przy Ground Zero, jem śniadanie, kawa – jest spox. Mija 11ta a jej nie ma 😀 Dzwonię – przepraszam kochanie zaspałam. Już pędzę! Robię jej zjebkę i czuję, że coś tu nie gra 😉 Trudno, skoczę sobie do Jersey na koncert Bon Jovi w razie co, bo akurat się ma odbyć…Mija kolejna godzin a i widzę ją. Podchodzi do mnie i wtapia się we mnie. Oczywiście na chwilę tracę koncentrację i pozwalam się ponieść diabelskiej mocy 🙂

Plan jest prosty. Nie ma mowy o przeprowadzce profesjonalnej, bo po pierwsze za dobra dzielnica, żeby nikt się nie zorientował, po drugie całego dobytku jest jakieś 20 kartonów w tym torebek za 300tys. złotych, które tamten miś w dowodzie wdzięczności pani zakupił, do tego trochę butów ( o tym później, bo to właśnie główny katalizator tego, że mi się to przypomniało) o wartości jakichś 100tys. no i hit sezonu czyli…pierścionek zaręczynowy od Tiffanego, który to za całe 100tys. papierów ów miś kupił w dowód swej dozgonnej miłości. Czemu to wspominam? Bo pani kiedyś stwierdziła, że jeśli myślę poważnie o relacji z nią to muszę go przebić 😀 😀 😀 Oczywiście temat wyśmiałem sugerując zakup pierścionka na odpuście 😉 Ludzie to mają pomysły, co nie?

Żeby nie przedłużać, bo takich historii mogę walić bez liku 😉 łapię na rogu taryfiarza w vanie i proszę, żeby wezwał kolegę bo trochę gratów będzie to transportu. Jedziemy razem na dół Manhattanu, po chwili zjawia się druga taryfa, dość duży Jeep. Moja baby wychodzi z domu wynosząc torby a my we trzech wpadamy i zaczynamy nosić pudła. Trochę dziwnie się czuję widząc w kiblu czyjeś przybory do golenia, syf nie z tej ziemi, ręczniki czarne…kątem oka zauważam w sypialni zdjęcie mojej baby przy łóżku wraz ze swym ślubnym. Siłą rzeczy przychodzi mi do głowy – chłopie! Ale dałeś się wkręcić! Zobacz co Ty robisz! Może to porządny facet? Ech…jak wspomniałem. Pięć minut po czasie a takie dziewczyny mają doskonałe wyczucie chwili 😉

Kończymy wynosić graty i oba samochody ruszają ostro w kierunku nowego apartamentu mojej baby 😉 To trochę inne obszary Manhattanu ale nadal dość dobra, schludna dzielnia, portier na dole itp. Wnosimy graty i zaczyna się… układanie pudełek z butami 😀

Cała ściana w jednym z pomieszczeń do szafa a w tej szafie od sufitu do podłogi układamy…buty. Każda para w osobnym pudełku i osobnym specjalnym woreczku. Ponieważ trochę nam schodzi jestem zmuszony wysłuchiwać historii każdej z nich 😉

Zobacz Miś! Te na wyprzedaży w Macys dostałam miesiąc temu! Dwa i pół tysiąca dolarów kosztowały a ja je wyjęłam za osiemset! Czujesz Miś qrwa! Za osiemset!!!!!

Nie chciałem jej psuć humoru bo wiem, że w US cena regularna służy tylko i wyłącznie temu, aby frajer przepłacający za metkę poczuł się lepiej mając wrażenie, że zrobił mega biznes. Na końcu robię zdjęcie tej ściany. Tam jest ze trzysta par. Oczywiście wszystko kupił ten biedny facet nie zdający sobie zupełnie sprawy z prawdziwej natury swojej lady :/ Ech…

Wieczorem wpadamy na Broadway, wspaniałe przedstawienie, jestem urzeczony Upiorem w Operze i tu następuje zgrzyt. Pani zmusza mnie niemal siłą do zakupu jakiegoś debilnego foldera z płytą DVD za niemal trzysta baksów. Tu nie chodzi o to,że mnie nie stać czy jej żałuję ale to jest qrwa lekka przesada dać za kawałek papieru i plastiku 1200 złotych! 😀 Oponuję i ostro mówię, że nic z tego! I wtedy się zaczyna! Wyzwiska, wypominania – trzymam gardę, łapię taryfę…w środku ciąg dalszy. Są straszne korki więc jedziemy dość długo, w końcu moja baby nie wytrzymuje mojego spokoju i próbuje mnie uderzyć. Stawiam blok ale na to reaguje taryfiarz hamując ostro. Odwraca się i mówi…

Albo ją uspokoisz albo wypierdalaj z samochodu!

To na chwilę opanowuje krewki temperament mojej pani i spokojnie już docieramy do jej domu. Wysiada, nie chce się z nią pożegnać, zwalniam taryfę i idę do metra. Nagle słyszę krzyk….

Rafał! Rafał!!!! Poczekaj! Dopada mnie i rzuca mi się w ramiona! Przepraszam, kocham Cię nie wiem co się ze mną dzieje itp.

Załatwiam ją dość chłodno i odchodzę. Rano mam samolot do kraju. Przyjeżdża do mnie wieczorem, jest bardzo gorąco…rano jedziemy razem metrem – ja na lotnisko, ona do pracy. Wysiada na jakimś łączniku przytulając mnie mocno. Mówię…wiesz, że widzimy się po raz ostatni? Tak wiem…Trzymaj się Rafał…

Siadam w fotelu Dreamlinera i dopiero wówczas czuję co się stało. Kolejne dwa lata życia jak krew w piach…

Różowa mgiełka na Okęciu i wprost z lotniska na spotkanie biznesowe. Daję radę choć ciężko się skupić. Wieczorem kładę się spać w domu, mimo że czuję jet lag. Rano na telefonie 40 nieodebranych…

Życie.

Themaskator