Kemping w Vík í Mýrdal okazał się całkiem przyzwoity, ale bez żalu rozstaliśmy się z tym miejscem. W miejscowym barze spotkaliśmy pracujących tam rodaków, którzy zresztą wystawili nas na mukę mówiąc, że miejscowy sklep jest czynny od 14 do 18. Okazało się, że od 10 do 21 
Startujemy znów jedynką w kierunku Höfn, które zowie się islandzkim królestwem lobsterów i wszelkiej maści frutti di mare. Po drodze oczywiści łapczywie konsumujemy lokalny krajobraz i atrakcje, które co krok oznaczone są przy pomocy czytelnych znaków drogowych. Na pierwszy ogień idzie Hjörleifshöfði – historyczne wzniesienie, otoczone czarnymi plażami i przeszyte licznymi grotami i jaskiniami. Jako, że droga zamienia się w grząski pył wulkaniczny, zapinamy 4×4 i wariujemy nieco po plaży topiąc niemal Nissana przy okazji.
Bywało gorzej a IcePol nie robi problemu – sam widziałem innego Terrano wyciąganego ciągnikiem ze środka rwącej, górskiej rzeki.

No stress – to klucz w przypadku pożyczenia auta, a w Islandii wypożyczalnie zarabiają minimum 50% normalnego obrotu obciążając turystów za co się da.
Jadąc w kierunku wodospadu Systrafoss zatrzymujemy się na chwilę wśród “baranków” jak Gosia nazywa roślinność porastającą zastygłą lawę, w powietrzu bez przerwy krążą nam nad głowami “drony szpiegowskie”, czyli hałasujące w charakterystyczny sposób małe, podobne do mew ptaki, krążące bez przerwy nad głowami.
Ostatni wodospad nieco nas rozczarowuje, choć po wejściu na górę napotykamy fajne jezioro i genialny widok na okolicę. Krótki spacer i już pędzimy w kierunku Skaftafell, Austur-Skaftafellssysla, Iceland. Na miejscu okazuje się, że park jest świetnie przygotowany dla turystów, oznaczenie szlaków wzorowe, widoki zapierają dech w piersiach, szczególnie lodowiec, który “cieli” się na naszych oczach. Przy okazji trafiamy na kolejny ciekawy wodospad – Svartifoss który niesie wodę przez niesamowicie ukształtowane skały – w formie fiszbinów. W drodze powrotnej łapie nas mały deszcz, ale na szczęście udaj nam się na czas dotrzeć do auta. W ogóle Islandia to ciągłe zmiany pogody i temperatury, raz jest +10 stopni, by za chwilę podskoczyć na +17. Identycznie z aurą – słońce, wiatr, deszcz – przeplatają się bez przerwy – na szczęście Gosia zamówiła pogodę, więc mamy dużo słońca. Dzień kończymy mocno zmęczeni nad laguną lodowcową Jökulsárlón-Glacier lagoon doświadczając iście wspaniałych widoków oddzielających się gór lodowych, których niebieska barwa wygląda po prostu obłędnie.
Pobudka i czas w drogę. Do przejechania mamy dziś wyjątkowo dużo kilometrów przez Islandzkie bezdroża (jedyna droga okalająca wyspę w tym regionie zmienia się w szutrowy gościniec.
Zaglądamy do wspomnianego Höfn zaliczamy jezioro Lagarfljót, oraz wspinamy się pod wodospad Hengifoss, drugi pod względem wielkości w Islandii. Ogromne wrażenie robią na nas czerwone pasy przecinające skałę, powstałe na skutek wolnego stygnięcia lawy, która po kontakcie z wodą i powietrzem nabrała wspomnianego koloru. Wielkie, oderwane fragmenty skał leża bezwładnie w dolinie pokazując naocznie jak niewiele znaczymy jako gatunek.
Wjazd z i zjazd z “interioru” obfituje w bardzo ciekawe drogi – 19% spadku nie jest niczym nadzwyczajnym, serpentyny, miękka, kamienna nawierzchnia powoduje, że Terrano nieco rzuca – tu dużo lepiej sprawdziłby się Patrol, mający szerszy rozstaw kół. Tak czy owak, meldujemy się ponownie, tym razem z Seyðisfjörður, malowniczej mieściny położonej w uroczej dolinie. Jutro kolejna porcja islandzkiej przygody!