Z punktu widzenia fizyki teoretycznej możliwe jest istnienie świata o odwróconej entropii, czyli znamy przyszłość a nie znamy przeszłości, kubek nie roztrzaskuje się na drobne kawałki po upadku ze stołu tylko kawałki wskakują na stół tworząc kubek. Niektórzy nawet pokusili się o takie tezy, że nasz świat to rodzaj wahadła, które raz działa zgodnie z entropią a po dojściu do punktu krytycznego wszystko zaczyna działać w odwrotnym kierunku. Dla istoty rozumnej życie w odwróconej entropii nie będzie różnić się od tego, które toczymy obecnie czyli od narodzin do śmierci, w tym sensie, że ich położenie wydawałoby się tak samo normalne jak nam nasze. Przyszłość może być przeszłością i odwrotnie.
Pandemia sprawiła, że Nomadland, który miałem oglądać w moim ulubionym kinie w styczniu zobaczyłem dopiero w zeszłym tygodniu. Sam obraz powinien być znany, gdyż jest on laureatem trzech Oscarów, dwóch Złotych Globów, oraz wielu innych nagród, za to istnieje wyraźny problem z jego interpretacją. Film należy do gatunku ginącego kina, które już w następnym pokoleniu raczej nie znajdzie ani zrozumienia, ani odbiorców. W świecie pędzącego na złamanie karku stada nie ma miejsca ani na refleksję ani na wspomnienia. Jest tylko jutro, więcej, oczekuję, chcę, należy mi się i tak dalej. Ale nie o tym. Czemu Nomadland na rauszu? Bowiem dziś byłem z kolei w kinie Elektronik na projekcji przedpremierowej duńskiego filmu Na rauszu. I powiem Wam, że takie kino, mnie wychowanemu w moralnym niepokoju leży wyjątkowo, choć z tym drugim obrazem mam problem. O ile Nomadland jest dla mnie jak otwarta i przeczytana książka tak Na rauszu zawiera w sobie coś, czego do końca nie rozumiem. Spróbujmy zatem porozważać na temat obu niewątpliwie wybitnych obrazów.
Ostatnia eksplozja lata w tę zimową wiosnę popchnęła mnie mocno w góry. Jedna z moich miejscówek daje mi doskonałą bazę wypadową w Gorce, Beskid Wyspowy, Żywiecki i Tatry. Cztery z tysiąca to także tytuł znakomitej książki profesora Wojciecha Borzobohatego traktującej o leśnych ludziach, takich co biegli przez las dziesięć kilometrów z pełnym oporządzeniem, aby pomóc sąsiadom. Cztery z tysiąca to także Julo czyli męski blues jak śpiewał niezapomniany Andrzej Zaucha. Cztery z tysiąca to także cztery szczyty, które zaliczyłem dzień po dniu napawając się słońcem, słuchając śpiewu ptaków, obserwując przyrodę a także trochę wspominając, ale tylko ociupinkę 😉 Generalnie idziemy do przodu, pod górę, po kamieniach, leśnych duktach i dolinach. Bo kluczem jest nie cel a droga.
Sneak peek jesiennego projektu. Kalkulacja obejmuje noclegi w hotelach jednak po islandzkich doświadczeniach wiem, że wystarczy namiot i double space Hilux z wypożyczalni. Cel? Ziemia Ognista, Santiago, Stanley. Generalnie jedziemy, jedziemy, jedziemy – argentyńska wersja Miłość, Szmaragd i Krokodyl, krótki sen na pace i w namiocie, żarcie z ogniska na Pampie, dużo się dzieje, mało czasu zostaje. 🙂 Wisienka na torcie to Falklandy o ile ceny biletów spadną 😉 Życie jest za krótkie aby je spędzać w pięciogwiazdkowych hotelach. Wkrótce szczegółowy plan imprezy! Stay tunned.
Ostatnio znów mam sporo wolnego czasu, inwestycje same się kręcą, co przy moich skromnych wymaganiach wobec życia sprawia, że coraz częściej myślę o emeryturze. Kiedy byłem dzieckiem marzyłem, aby móc mieszkać w trzech miejscach. Pierwsze główne, to tam gdzie mój dom, drugie w górach a trzecie nad morzem. Myślałem sobie, że będę trzy miesiące tu, pół roku tam i kolejne trzy w domu. Przyziemne i płytkie? Być może, ale nie dla kogoś kto wychował się w 35 metrach kwadratowych. Zastanawiam się co dalej, bo w zasadzie osiągnąłem w życiu to co chciałem, ponownie zaczynać od początku nie zamierzam, co zresztą nie raz było przyczyną rozejścia się mych dróg z kobietami, jakie stanęły na przeciw mojemu przeznaczeniu. Cieszę się, że wszystko osiągnąłem sam, konstrukcję świata, w którym żyję ja a także moi bliscy, zawdzięczam tylko sobie. Wiadomo, że każdy ma swoją Monikę Belluci ale, że jest ona zazwyczaj dostępna wyłącznie na plakacie, to rozsądek nakazuje porzucić sny i skupić się na teraźniejszości. Odnawiam sportowe pasje, kupiłem nowy kajak, który wkrótce zamierzam wypróbować na Zalewie Kamieńskim a także bliskich wodach Bałtyku oraz rozpocząłem sezon rowerowy. Zaliczyłem już klika fajnych tras w okolicy 100km ale nadal nie czuję, abym był w stanie pobić własny rekord, czyli 300km ciągiem. Wraz z nowym gravelem pomysł przejechania z Cisnej do Warszawy na raz wraca i być może jeszcze go w tym roku zmaterializuje, póki co dosiadam starego, dobrego Unibike-a z osprzętem Alfine 11, który wyjątkowo mi pasuje pod względem komfortu, ma też świetnie dobrane, wygodne na długich przelotach siodełko. Dziś miałem jechać z Wawy do Solca nad Wisłą ca 150km ale, że zaspałem to plany uległy modyfikacji. Zrobiła się z tego bardzo ciekawa wycieczka, o której chciałbym dziś opowiedzieć. Dystans spacerowy czyli około 60km, jednak leśne dukty dają dobrze w tyłek co sprawia, że endorfiny eksplodują dużo szybciej niż na szosie a poza tym, może ktoś skorzysta? Myślę, że warto. Czytaj dalej „Dwa brzegi.”