Koniec pandemii, czas się ruszyć!

Sneak peek jesiennego projektu. Kalkulacja obejmuje noclegi w hotelach jednak po islandzkich doświadczeniach wiem, że wystarczy namiot i double space Hilux z wypożyczalni. Cel? Ziemia Ognista, Santiago, Stanley. Generalnie jedziemy, jedziemy, jedziemy – argentyńska wersja Miłość, Szmaragd i Krokodyl, krótki sen na pace i w namiocie, żarcie z ogniska na Pampie,  dużo się dzieje, mało czasu zostaje. 🙂 Wisienka na torcie to Falklandy o ile ceny biletów spadną 😉  Życie jest za krótkie aby je spędzać w pięciogwiazdkowych hotelach. Wkrótce szczegółowy plan imprezy! Stay tunned.

Dwa brzegi.

Ostatnio znów mam sporo wolnego czasu, inwestycje same się kręcą, co przy moich skromnych wymaganiach wobec życia sprawia, że coraz częściej myślę o emeryturze. Kiedy byłem dzieckiem marzyłem, aby móc mieszkać w trzech miejscach. Pierwsze główne, to tam gdzie mój dom, drugie w górach a trzecie nad morzem. Myślałem sobie, że będę trzy miesiące tu, pół roku tam i kolejne trzy w domu. Przyziemne i płytkie? Być może, ale nie dla kogoś kto wychował się w 35 metrach kwadratowych. Zastanawiam się co dalej, bo w zasadzie osiągnąłem w życiu to co chciałem, ponownie zaczynać od początku nie zamierzam, co zresztą nie raz było przyczyną rozejścia się mych dróg z kobietami, jakie stanęły na przeciw mojemu przeznaczeniu. Cieszę się, że wszystko osiągnąłem sam, konstrukcję świata, w którym żyję ja a także moi bliscy, zawdzięczam tylko sobie. Wiadomo, że każdy ma swoją Monikę Belluci ale, że jest ona zazwyczaj dostępna wyłącznie na plakacie, to rozsądek nakazuje porzucić sny i skupić się na teraźniejszości. Odnawiam sportowe pasje, kupiłem nowy kajak, który wkrótce zamierzam wypróbować na Zalewie Kamieńskim a także bliskich wodach Bałtyku oraz rozpocząłem sezon rowerowy. Zaliczyłem już klika fajnych tras w okolicy 100km ale nadal nie czuję, abym był w stanie pobić własny rekord, czyli 300km ciągiem. Wraz z nowym gravelem pomysł przejechania z Cisnej do Warszawy na raz wraca i być może jeszcze go w tym roku  zmaterializuje, póki co dosiadam starego, dobrego Unibike-a z osprzętem Alfine 11, który wyjątkowo mi pasuje pod względem komfortu, ma też świetnie dobrane, wygodne na długich przelotach siodełko. Dziś miałem jechać z Wawy do Solca nad Wisłą ca 150km ale, że zaspałem to plany uległy modyfikacji. Zrobiła się z tego bardzo ciekawa wycieczka, o której chciałbym dziś opowiedzieć. Dystans spacerowy czyli około 60km, jednak leśne dukty dają dobrze w tyłek co sprawia, że endorfiny eksplodują dużo szybciej niż na szosie a poza tym, może ktoś skorzysta? Myślę, że warto.
Czytaj dalej „Dwa brzegi.”

Sopot 86

Tak się składa, że po zamordowaniu trójki przez reżim trzymający władzę w kartoflanej spora część wartościowych dziennikarzy związanych z radiem przeniosła się do sieci. Mamy Radio 357 czy choćby słuchany przeze mnie od dawna Rockserwis.fm pod egidą Piotra Kaczkowskiego związanego bardzo mocno z progresywnym nurtem w muzyce a także festiwalem InoRock, na którym miałem okazję zobaczyć i posłuchać takich perełek jak Riverside, Airbag, Bjorn Riis, Amarok, Quidam czy wspomniany w poprzednim wpisie Millenium. Od czasu do czasu słucham również Biura Piosenek Znalezionych w Radiu Kolor ze względu na osobę prowadzącego,   z którym w pewnym etapie życia połączyło mnie zajęcie. Radio Kolor rzadko skręca w stronę mocnych, ciemnych emocji prezentując raczej pozytywną stronę dźwięków, co jest bardzo przydatne, gdy już za mocno zanurzę się w refleksję wspomaganą muzyką. Zajawki albumu Kresz grupy Bluszcz słyszałem już wcześniej u Piotra Stelmacha w 357 ale to właśnie we wspomnianej audycji usłyszałem tytułowy Sopot 86 i od razu wspomnienia wróciły a są one tym dla czego warto żyć. Natychmiastowe skojarzenie z Dolce Fine Giornata i podział, który opisywałem już kilka miesięcy temu, podział na wiek,  w którym żyjesz i ten w którym wspominasz, co podobno przypisane jest innym. Kresz jest niewątpliwie perełką dla ludzi z mojego pokolenia, więc spróbujmy przelać choć część dźwięków na tekst. To nie będzie typowa recenzja bowiem zilustruję ją bardzo krótkim, enigmatycznym opisem. Absolutne mistrzostwo!

Czytaj dalej „Sopot 86”

Radek w starym, dobrym stylu.

„Po wielu latach łapiesz się tylko patrząc na kalendarz, że o, dzisiaj jest piąta rocznica kiedy się poznaliśmy albo dzisiaj jest czwarta rocznica kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, albo dzisiaj jest ten dzień kiedy eony temu powiedziała ci z płaczem, że cię kocha na dworcu Warszawa Centralna i to było trochę jak scena z filmu francuskiej nowej fali.

Nieodwzajemnione i porzucone uczucia nie są wieczne i wspomnienia tez nie są wieczne, więc z latami można zapomnieć już nawet tembr głosu i pojedyncze zdarzenia, pogubić się w lokalizacji pieprzyków. Gdzieś na dysku są zdjęcia, w szufladzie jest ostatnia gumka do włosów a w kartonie między książkami jakieś bilety kolejowe w miejsca, do których obiecaliście sobie wrócić.

Imię też już wypowiadasz inaczej, brzmi obco i jakbyście się teraz spotkali, raczej nie byłoby już albo jeszcze o czym rozmawiać. Choćby dlatego, że potem stopniowo, ale konsekwentnie spadałeś w dół i wytraciłeś z siebie resztki osobowości i dobrych cech zastępując je wynikającymi z instynktu samozachowawczego biernymi, przynoszącymi ukojenie rozrywkami. Poruszające się obrazy na ekranie, dźwięki w słuchawkach – emocje i uczucia innych ludzi, których sam już nie doświadczysz, ale nie musisz o tym myśleć dopóki trwa utwór, dopóki trwa odcinek, dopóki trwa rozdział.

Któregoś ranka obudzisz się i zapomnisz jej rzęsy, któregoś dnia zapomnisz jej wargi, może któregoś dnia zapomnisz jej rysy twarzy. Jest niedziela, prawie pełnia księżyca. Nigdy nie przestanie się pojawiać a ty nigdy nie zapomnisz dwóch rzeczy: momentu, w którym ją pokochałeś i momentu, w którym zrozumiałeś, że ona ciebie też.

Nikt nie wie ile pełni księżyca jeszcze przed tobą. Prawdopodobnie niezbyt wiele, ale choćby dlatego warto było się urodzić i dotrzeć w to dziwne i obce miejsce, gdzie z okna było widać wieżowce, a ty patrzyłeś tylko na nią i jak zawija ciasto do pizzy w ozdobne spiralki i wiedziałeś, że można kogoś kochać jak w książkach i jak w filmach i że nawet tobie się to właśnie zdarzyło, więc bądź wdzięczny.

Ale nie byłeś dość wdzięczny i teraz jesteś tutaj, piszesz o tym, co zdarzyło się w poprzednim wcieleniu, chociaż to żadna rocznica, nawet nie pełnia księżyca. Nie będzie wiele okazji zanim zapomnisz i zanim znikniesz, a Erytrea obchodzi dzisiaj Dzień Męcznników, także można się podpiąć, chociaż to wszystko twoja wina, mój zasrany Werterze z powiatowego miasta.”

Radek Kolago

Sokół Millenium…czyli siedem grzechów głównych.

Boję się podjąć tego tematu bowiem ze wstydem muszę przyznać, że polską kapelę Millenium nie mającą nic wspólnego z Gwiezdnymi Wojnami poznałem niedawno dzięki Rockserwis FM. Jest jednak mocno prawdopodobne, że kiedyś  jako dzieci wraz z muzykami Millenium oglądaliśmy wyczyny Hana Solo, który wbrew skoorwiałym do cna wzorcom obecnego społeczeństwa postanowił poświęcić własny interes i zabezpieczyć dupę Luka Skywalkera, który dzięki temu był w stanie zdetonować Gwiazdę Śmierci. Wielbicieli Pezeta czy tam Tezeta co czytają mojego bloga zachęcam co obejrzenia na tubce prześmiewczego filmiku zatytułowanego „it’s a trap”. Tak czy inaczej nie liczę na refleksję, ale może uda mi się zachęcić choć promil z Was do zainteresowania się dźwiękami jakie produkuje polska, neo progresywna kapela pod tytułem Millenium. Zapewniam, że najlepsza w historii polskiego rocka gitarowa solówka w wykonaniu Abraxas znalazła godne następstwo. Zresztą, szczerze mówiąc w historii polskiej muzyki mało jest aż tak znakomitych, „chwytających za serce” jak to określił Kuba ze Strefy Zmroku Tomasza Beksińskiego dźwięków. To się albo kocha na zbój albo nienawidzi, obojętnie obok nie da się przejść. Zatem? Zapraszam wrażliwców, nielicznych czytelników w podróż. Podróż Sokołem Millenium, przy którym Axel Rudi Pell i jego „płaczące” gitary w Temple of the King już nie brzmią tak samotnie jak kiedyś. Podróż po siedmiu grzechach głównych…

Czytaj dalej „Sokół Millenium…czyli siedem grzechów głównych.”

Themaskator