„Teraz pacyfizm. Wszyscy jesteśmy pacyfistami i wojny obecne to wojny pacyfistów z pacyfistami. Przypominam sobie tytuły dzienników z okresu wojny. Już Adolf Hitler walczył o trwały pokój w Europie i na świecie. Zapewne także cele Poi Pota były zgoła ewangeliczne. Co ma jednak robić nieszczęsny miłośnik pokoju, jeśli inni miłośnicy pokoju chcą mu spuścić łomot? Oto pytanie za 100 000. Chrystus powiedział, żeby na rzucanie kamieniem odpowiadać rzutem chlebem i z punktu widzenia eschatology, jest to rozwiązanie jedyne, ale nie wytrzymuje krytyki, jeśli życie doczesne jest dla nas ważniejsze od życia pozagrobowego. No, a Pani mieni się być materialistką, czyli stawia Pani na doczesność, a nie na Pozagrobowe Życie Wieczne. Jak więc pogodzić to z pacyfizmem? Ma Pani problem.”
„To bardzo smutne, co Pani pisze o tej gwieździe piosenki sprzed lat. Akurat ją jakoś pamiętam, choć nie interesowałem się w ogóle krajową muzyką pop. Owa liderka grupy 2+1, podobnie jak jej piosenki, była ulubienicą mojej mamy. Ciekaw jestem, jaki koniec mnie czeka. Na dworcu? Taki upadek zawsze jest cholernie smutny. To, co piszą o niej brukowce i że w ogóle coś piszą, nie dotarło do mnie, bo jakoś niewiele do mnie dociera. Coś musiało być pierwszą przyczyną takiej degrengolady. Narkotyki? Choroba psychiczna? Facet? Dziwny jest ten świat. Dobrze, że przynajmniej Niemen umarł jak człowiek, a nie pod płotem. Takie sprawy poruszają mnie (nie wiem dlaczego) silniej od całego Tsunami. Myślałem o tym przez cały dzień, mimo iż tej grupy nie cierpiałem, a zapewne tej pani też. Przypomniałem sobie też, że szlagier „Windą do nieba” jest mi jednak z niewyjaśnionych przyczyn znany, bo czasem czepia się mnie w trakcie bezsennej nocy, lub w trakcie pracy, na zasadzie upierdliwej melodii, której nie można się wyplątać. Zdaje się, że Tetmajer też tak skończył. No, a utalentowany śmierdziel, który przed pół rokiem usiłował wydusić ode mnie kasę? A Dostojewski, który umarł jako Kapitanów w przytułku dla alkoholików? Tak samo jak Dostojewski (czyli źle, bo anonimowo, we francuskim przytułku) skończył wielki poeta Norwid. Właśnie w zasięgu ręki, na półce mam „Leksykon śmierci wielkich ludzi” Isabelle Bricard. Myślałem, że znajdę tam Norwida, ale nie było. Był za to Nowotko i… Eichmann. Rzeczywiście, wielki człowiek. Zawsze czuję się tak, jakbym był temu winien. Mea culpa, mea culpa! To nie Dostojewski umarł jako Kapitanów, lecz Mtisorg-ski. Pamięć płata mi, jak widać, figle. Może to wstęp do alzheimera?”
„A jeśli abstrakcja zwana przez mistyków Bogiem lub Praprzyczyną, to właśnie my wszyscy od zarania dziejów aż po ich kres, i to nie my się reprodukujemy, a tylko Bóg za naszym pośrednictwem?”
„Antropocentryzm jest oczywiście i dla mnie platformą do działania, ale na bieżąco, czyli w bardzo krótkiej perspektywie czasowej, w której i tak na nic nie jestem w stanie wpłynąć. Przyszłość za głupie 100 000 lat jest czymś niewyobrażalnym. W tym przyszłość definicji pojęcia „człowiek”. NIC nie przetrwa próby czasu, a człowiek – o ile istnieć będzie jego potomstwo – stanie się czymś innym, niż jest. Jako obserwator jestem skrajnym pesymistą: nie ma się po co i komu stawiać, bo i tak, w ten czy inny sposób, wiatr zmiecie nas i nasze pomysły. Możemy tylko obserwować, i to w nader krótkim mgnieniu oka, jakim jest nasza egzystencja na tym świecie, i na dodatek w coraz większym stopniu zdajemy sobie sprawę, że wprawdzie niepoznawalny obiekt obserwacji oddziałuje na nas, ale my w oparciu o te bodźce budujemy sobie samodzielnie i na swoją miarę obraz tego, co na nas oddziałuje, ale ten obraz jest wyłącznie naszą konstrukcją i nie odpowiada mu nic, co potrafilibyśmy, choć w przybliżeniu poznać, zdefiniować i opisać. Czyli jest to, jak określił to już przed grubo ponad stu laty poeta: a dream within a dream. Nie ma nic poza naszym złudzeniem. Czy więc ma sens przyjmowanie innej postawy niż obserwatora? Płynąca woda obserwuje płynącą wodę. Czy coś innego mówi choćby buddyzm? Wracając do Pani listu. Oczywiście, Kościół katolicki jest łagodny dla grzeszników i chwała mu za to. W 95% wypadków wystarczy sakrament pokuty, a w poszczególnych wypadkach nawet tylko akt skruchy. Nie przepadam za Kościołem, ale muszę mu oddać sprawiedliwość, bo cóż innego można zrobić dla tej kupy biednego robactwa zwanego ludzkością, niż opiekować się i wybaczać. Należy chyba oddzielić superego od ego. Moje życie może być plugawe, ale moje apostolstwo może jednak wskazać innym drogę. Ująłem to trochę w stylu dramaturgicznym, ale określa istotę problemu.
No, Beksiński: Do roboty! Do roboty! Przerobić codzienną porcję niczego w nic, tak jak ten wzruszający człowieczek w „Żółtej łodzi podwodnej”. ”
„Boże, znowu ta opowieść o coli, dzięki której puszczają śruby. Gdy we wrześniu gościłem szwedzkie małżeństwo takich jak ja starców, to ich okrzyki zgrozy na moją strategię żywieniową i wszystko, co tylko miałem w lodówce, pamiętam do dziś. Musiałem po nich wszystko raz jeszcze myć, bo detergent jest niezdrowy, pepsi to zgroza, gdyż jest tam kwas fosforowy, a kwas fosforowy rozpuszcza rdzę. Boh ty mój! Kwas fosforowy rozpuszcza rzeczywiście rdzę i jest do tego celu powszechnie używany w przemyśle, ale agresywniejszy od niego kwas solny, też rozpuszcza rdzę. Używałem – jako facet, który lutował przed laty rzeźby z blachy jednego i drugiego kwasu. Znam bajki o tym, że zardzewiała łyżeczka włożona do coli na drugi dzień była jak nowa. Kto i po co wkłada zardzewiałą łyżeczkę do coli, i gdzie u licha spotkać można w przyrodzie zardzewiała łyżeczkę? Ja takiej nie widziałem. Stalowych łyżeczek po prostu nie ma. Wiem natomiast, i to nie jest bajka, że ilość kwasu solnego, który w tej chwili ma pani w swoim żołądku, pozwoliłaby na odrdzewienie dwóch metrów żelaznego ogrodzenia w parku, i jakoś Pani z tym żyje i nawet maluje sobie ściany. No dobra: rzeczywiście jadałem za życia mej żony sosy lepsze niż Uncle Ben’s i wołowinę lepszą niż „Wołowina we własnym sosie” (PN-A-82022-1998, panu Krzysztofowi polecam zawsze skontrolować normę), ale i jedno, i drugie jest najlepsze z tego, co mogę mieć szybko i pod ręką tak, aby przygotowywanie jedzenia wraz ze zjedzeniem nie zajmowało mi więcej niż kilka minut czasu. Poza tym de gustibus non est disputandum.”