
Na ziemi ognia i lodu cz.2

Zawiedziony idealista udający (nieudolnie) nihilistę.
Witam serdecznie po dłuższej przerwie!
Od czasu gdy zrozumiałem prawdziwą naturę tego co nas otacza i zaakceptowałem ten stan wewnętrznie, nie odczuwam już tak silnej potrzeby dzielenia się własnymi przemyśleniami jak wówczas, gdy walczyłem z zaprogramowanym genetycznie i behawioralnie obrazem świata. Może nie zbudowałem teorii wszystkiego, jak wiemy nie udało się to jeszcze nikomu, ale podobnie jak inni, myślący ludzie na ziemi, tej ziemi doszedłem do wielu konstruktywnych wniosków. Bezsilność sprawia, że najlepsze co możemy, to konsumować to co nas otacza korzystając z tego ułamka sekundy, w jakim mamy szansę doświadczać percepcją tego najlepszego ze światów – oczywiście przy poszanowaniu innych, ale to załatwia prawo naturalne.
Wczoraj wieczorem krótka piłka – rano atakujemy 100km przez las. Kumpel planuje trasę, mamy polecieć do Królewskich Żródeł, później do Garbatki Letnisko, dalej do miejsca zwanego Okólny Łęg i powrót do Radomia.Budzę się o 8, szybkie pakowanie i zgodnie z umową melduję się na wiosennej ulicy kolegi. Czekamy na trzeciego, ale nie zjawia się. Dokupuję wodę, jest 9:30, próbujemy się dodzwonić do Andrzeja, ale bez skutku. Zapił na bank. Kopiemy pedały i ruszamy ostro w stronę starego radomskiego kirkutu. Istniał sobie do II wojny światowej, kiedy to nadludzie użyli macew do wzmocnienia budowanej w pobliżu drogi. Można nie lubić ludzi, grup, narodowości, ale nie wolno deptać przeszłości ołtarzy. Jak widać, są ludzie i parapety. Szybka fota przez zamkniętą bramę i ruszamy dalej, mijając moją pierwszą firmę, w której w latach 90tych ubiegłego wieku pracowałem od poniedziałku do soboty od 5 rano do 20 za dwa miliony złotych.
Śpiew ptaków oznajmia mi rano, że dzień dawno się zaczął, a tylko ja miast wstać, nadal tkwię w objęciach Morfeusza. Leniwie wyrywam się z tych kajdan i już pędzę do kuchni po śniadanie. Dziś święto i dzień mamy, niestety ani jedno, ani drugie już mnie nie dotyczy – o najsamotniejszy wśród ludzi, jak mawiał Tomek w niezapomnianym wieczorze z Edgarem Allanem Poe. Co robić? Plany na dziś to ostatni odcinek Radomki, jaki nam pozostał z przyjaciółmi do spłynięcia. Mam mieszane uczucia, bo w niezawodnej dotychczas prognozie pogody z ICM meteo wyraźnie widać opad konwekcyjny, czyli ludzko mówiąc krótki, ale bardzo intensywny deszcz, tak zwane oberwanie chmury, plus burze. Dzwoni kumpel i przekonuje mnie, że na Interii nie ma żadnej wzmianki o opadach. Wyśmiewam go oczywiście dla żartu, gratulując źródła informacji, jak okaże się później, to jednak on miał rację.
Pakuję sprzęt i ruszam w kierunku Gorynia, gdzie czekają już na mnie znajomi.
Jak pewnie wielu z internetowych znajomych zauważyło, od dłuższego czasu próbujemy realizować własne pasje do bycia jak najbliżej z naturą poprzez spływy kajakowe. Wszystko zaczęło się jakieś trzy lata temu, gdy jeden z przyjaciół zakupił pneumatyczny kajak o dużej dzielności wodnej, stabilności oraz szybkości. Po pierwszych testach okazało się, że czeska jednostka wyprodukowana przez, Gumotex a nosząca dumną nazwę Seewave, to jedna z najlepszych opcji jeśli chodzi o kajakarstwo rekreacyjne w Polsce. Rozważaliśmy zakup amerykańskich kajaków typu Savylor Pointer, Hudson czy Yuokon, ale wszystkie one w żaden sposób nie dorastają do pięt czeskiej myśli technicznej. Po pierwsze wyglądają jak pontony, a nie kajaki i takie same mają własności nautyczne, po drugie wykonane są z materiału, który wymaga szczególnej dbałości i suszenia, a przy tym jest dużo mniej odporny na ewentualne przygody na zwałkowych rzekach. Dość powiedzieć, że mamy już w tej chwili w ekipie cztery Seewavey i każdy z nich spisuje się znakomicie. Modułowa konstrukcja umożliwia pływanie w dwie lub trzy osoby a także samodzielnie ze sporą ilością ekwipunku. Wystarczy po prostu zmienić pokład.