Oprogramowanie i Jahwe.

„Problem w tym, że biologia nigdy się zapewne nie skończy, bo oprogramowanie jest zainstalowane w mózgu. Skończą się techniczne możliwości realizacji, bo hardware ulega degradacji, ale zostanie w mózgu software. To, z czym mamy do czynienia, to efekt lekkomyślnej obietnicy, jaką Jahwe udzielił Abrahamowi, nie skontrolowawszy, że oprogramowanie jest niedopracowane, gdyż zostało wykonane z myślą o Pierwszych Rodzicach. Potem Jahwe był wkurzony grzechem pierworodnym i bez zastanowienia chlapnął nakaz prokreacyjny, a resztę olał, nie pomyślawszy, że potem będą antybiotyki, wibratory, viagra, dziecko nadpoczęte, papież i prezerwatywy, jednym słowem program został po latach zainstalowany, a nie było już abgrejdów, bo ogłosił, że jest nieomylny, więc trudno mu się było przyznać do tego, że sam skopał robotę. Potem na dodatek złożył tę obietnicę Abrahamowi, zapomniawszy, że do oprogramowania powinny być doinstalowane łaty (patch), a może się polenił w nadziei, że jakoś samo się uklepie? Nie uklepało się! Tak więc nasze dzisiejsze problemy załatwiać możemy tylko na obszarze wyobraźni, tak jak stary Goethe, który chcąc przelecieć małolatę, na co albo ona nie miała ochoty, albo on już nie mógł, musiał napisać „Fausta”. Przykre, ale prawdziwe. Kończę wykład z Teologii Stosowanej i pięknie pozdrawiam. „

Spędzanie świąt.

„Świąt nigdy nie znosiłem poza dzieciństwem, gdy liczyłem na prezenty, a jakież prezenty mogłyby dziś mieć dla mnie ten sam wymiar niedostępności jak prezenty pod choinką w dzieciństwie ? Studio komputerowe za 5 milionów dolarów? Prywatny helikopter z załogą na każde życzenie? Nie mam takich potrzeb, a na te skromne, jakie posiadam, umiem sobie zarobić. Mogę tylko powiedzieć, że jeszcze bardziej nie lubiłem Świąt wtedy, gdy miałem je z kim spędzać, bo trzeba je było właśnie „spędzać”, na dodatek inaczej się odżywiać, jeść jakieś cholerne makowce, ubierać się w sposób niewygodny, chodzić na wizyty do rodziny, która z okazji świąt upodabniała się ubiorem do rodziny Adamsów i czekać, by ten świąteczny koszmar nareszcie się skończył. Dziś w każde święta przynajmniej wiem, że czas należy do mnie i od rana ubieram się w brudne sandały, wyplamione szorty i takiż podkoszulek i zabieram się do malowania. Nie muszę zmieniać stylu jedzenia, ani nawet się golić. Nie oznacza to jednak, że Święta polubiłem, bo w Święta ilość potencjalnych możliwości jest jednak ograniczana przez tradycję: sklepy są zamknięte. Po technika komputerowego nie można zadzwonić. Nawet dalsze roboty u mnie przełożyliśmy na styczeń, aż przewalą się Święta. Może też przyturlać się znienacka jakaś kuzynka, która, podobnie jak ja, jeszcze dożyła, i z dobrego serca przytargać w koszyku samotnemu starcowi jakieś świąteczne paskudztwa do jedzenia. Trudno udawać, że nie ma mnie w domu, bo zawiadomi pogotowie i straż pożarną z drabiną. To koszmarny okres, ale obecnie, po utracie całej rodziny, przechodzę go jakoś gładziej niż dawniej.”

Barter.

„Co do barteru, to zawsze u ludzi mamy do czynienia z nieuświadomioną sytuacją handlową: ty mnie to, ja tobie tamto i liczy się zawartość „portfela” obu stron, ale mnie (podkreślam: mnie!!! – bo nie jestem Luter i nie stawiam TEZY) ten zakres handlu i na tym obszarze ludzkiej aktywności zdecydowanie nie odpowiada. Bez trudu znaleźć go mogę w każdej lepszej agencji towarzyskiej, a nawet na trasie pod lasem. Ja chciałbym (jeśli już koniecznie musimy korespondować na te tematy z pism dla kobiet) budzić u partnerki taką samą emocję, jaką ja sam odczuwam, a tego nie da się skłamać, nawet w wypadku „biernej” fizjologii kobiety. No, chyba że jest ona gerontofilką, którą w dzieciństwie dmuchali tatuś, wujkowie i dziadzio, co doprowadziło u niej do tzw. skrzywienia stereotypów dynamicznych. Wbrew opowieściom, jest raczej niewielka liczba takich osób, natomiast ogromna liczba 18-20 letnich panienek z prowincji, które przyjechały do Warszawy po karierę w przekonaniu, że dobry Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu wyposażył je na kilka lat w kartę kredytową pod spódnicą, której głupotą byłoby nie wykorzystać, zanim upłynie termin jej ważności. Zazwyczaj są to osoby nierozbudzone emocjonalnie i traktujące te sprawy instrumentalnie, jako stopnie do kariery. No cóż. Poznałem kilka takich osób i byłem im zawsze życzliwy – jako iż z reguły życzę ludziom dobrze, niemniej jednak akurat nie o tym marzył zgrzybiały dr Faust.”

Zdzisław Beksiński

 

Świata po prostu nie ma.

„Na złe myśli nie ma sposobu, ani męskiego, ani damskiego. Żyję w ich utoczeniu i pod ich ciężarem, od kiedy pamiętam. Można powiedzieć, że zawsze miałem i nadal mam wyłącznie złe myśli. Można jednak także powiedzieć, że jest, jak jest, niezależnie od tego, co sobie o tym myślimy. Myśli to tylko nasza opinia: mogą mieć znaczenie i siłę sprawczą na ograniczonym obszarze, w którym jesteśmy w stanie coś zmienić, jeśli jednak w gównianej kondycji naszej zmienić się niczego nie da, to stan, który nazwać można by stanem dobrych myśli i nadziei na poprawę, jest złudzeniem takim samym, jak stan diametralnie przeciwny. Ja osobiście stosuję jak do tej pory skuteczne remedium (czyli zagłuszanie), wyobrażając sobie, że moja praca i doskonalenie w niej, mają jakiś sens. Nie wiem więc, jaka byłaby konsekwencja utraty prawej ręki lub oczu. Czy dałbym jeszcze radę zbudować sobie kolejną fikcję sensu istnienia, czy jest na to już za późno, bo życie zbliża się do kresu. Zawsze na deser nadchodzi ten moment, że leży się w szpitalu pod kroplówką lub respiratorem, oczekując już tylko końca. Dla kogoś pozornym sensem istnienia jest rodzina. Dla kogoś sport lub uroda. Biegacz lub modelka stają przed tym samym problemem już w kwiecie wieku (o ile w ogóle są zdolni do autorefleksji, a nie należą do istot, które Witkacy określał jako: takie coś, co zaledwie wie, że jest, a i to nie bardzo). Myślałem w młodości (jeden z pomysłów) o takim filmie krótkometrażowy, w którym świat na oczach jakiejś staruszki zaczyna się materialnie rozpadać: ucieka powietrze z opon, wypadają szyby z okien, osypuje się tynk z ścian, ale potem rozsypują się i ściany, w końcu widać tylko poruszające się fale oceanu gruzu (nie było jeszcze animacji komputerowej, więc planowałem, by robić to spychaczami) i tylko ta babcia zostaje i we mgle pyłu chodzi trochę bez sensu, jątrząc niewidzącymi oczyma. Otoczenie i świat nieustannie i na naszych oczech ulegają destrukcji, ale ponieważ w miejsce rozpadającego się wyrasta nieustannie nowe, wydaje nam się do czasu, że nic się nie zmienia i dopiero w jakimś momencie widzimy, że destrukcja dotyczy także nas. Aby więc panią rozweselić: moja znajoma z Krakowa, chciała początkowo wychowywać swoje dzieci bez religii, ale w końcu poszła po rozum do głowy i uświadomiła sobie, że za taki non-konformizm mamusi, zapłaci w szkole przede wszystkim dziecko. Poszła więc z synkiem na jakąś wstępną lekcję do kościoła, ale lokalnemu księdzu akurat w tym dniu odbiło na efekty specjalne, więc znienacka z taśmy zagrzmiało, a potem rozległ się głos z zaświatów, który poinformował zebranych o czekającym Sądzie Ostatecznym. Znajoma po powrocie do domu udzieliła dziecku zgodnych wprawdzie z ortodoksją, ale bardziej usystematyzowanych wyjaśnień na temat Sądu Ostatecznego i końca świata, bo dzieci myślą bardziej konkretnie, niemniej jednak u 6-latka pojawiły się problemy egzystencjalne i w nocy miał sen albo wizję, która wywołała u niego atak histerycznej paniki. W wizji tej, na tle piorunów i błyskawic, pojawił się wielki 10-metrowy teletubiś i ogłosił grzmiącym głosem, że świat się właśnie kończy, a wy wszyscy umrzecie. Owoż ten mistyczny teletubiś, przyszedł, jak widać, wczoraj i do Pani. No cóż: to jedno więcej złudzenie. Myślę, więc mnie nie ma. Jest myśl, nic więcej. Takie mniej więcej motto wypisałem sobie przy sztalugach. Zarówno autorzy komiksowego filmu „Matrix”, jak i autor scjentystycznego „Solaris”, cofnęli się przed konsekwencją tego, co przyszło im do głowy, lub raczej nie czuli się na siłach, by sprostać zadaniu, a tymczasem wiedzieli o tym już przed setkami lat buddyści:

Świata po prostu NIE MA. Jest złudzeniem. To, z czym obcujemy, to tylko nasze wyobrażenie. Amen. Koniec kazania.”

Zdzisław Beksiński

 

Koszmarna samotność.

„Rozmaici ludzie do mnie przychodzą, ale tak naprawdę odczuwam coraz częściej koszmarną samotność. Większość moich rówieśników-przyjaciół, albo nie żyje, albo coraz głębiej pogrąża się we mgle sklerozy. Czasami czuję się jak w balii na środku spokojnego jak jezioro oceanu, którego horyzont łączy się z szarym niebem. Nikt nie woła. Nic, nikt, nigdzie, nigdy. Koniec. Jak to powiada lud: zdechniesz jak pies pod płotem. Sam. Jak widać, nawet w umieraniu potrzebna jest człowiekowi widownia, a jak tu zagrać przed pustą, lub nawet niekoniecznie pustą, ale obcą widownią, która mówi innym językiem. Ja tu umieram, a na widowni nie ma ludzi, lecz siedzą same fotografie.”

Zdzisław Beksiński

Themaskator