„Przychodzi taki czas w życiu, kiedy jedyne co ci zostaje, to walczyć o przetrwanie i nie chodzi tu o zasoby, karierę, zabawę czy miłość. Chodzi o to by nie popłynąć z prądem obojętności, by potrafić się wzruszyć i dostrzec piękno w szczególe, w skrawku nieba, kamieniu polnym, we fragmencie rzeczywistości, człowieku. Dzień, gdy popłyniesz z prądem, będzie tak naprawdę ostatnim dniem Twojego życia, bez względu na to, jak sobie to zracjonalizujesz.”
Dzisiejszy dzień zaczął się o 7:30 otwarciem okna. Trzech facetów w jednym pokoju to stanowczo za dużo, nawet na warunki austriackie. Dzień rozleniwia, ołowiane niebo, oraz sypiący się z niego puch nie zachęca do zapięcia wiązań. Może by tak dziś pokatować Audi S5 w programie Test Drive? Zaraz, zaraz, na zboczu Bernkogel 1740m testują dziś K2, zatem decyzja jest jasna. Wciskamy się do skibusa i wylogowujemy się w Saalbach, kierunek gondola i już lecimy w międzynarodowym towarzystwie ku górze.
Ogarnia nas senność, kawa w pobliskiej knajpie ratuje nieco sytuację, ale wyczerpanie daje się we znaki. Krążymy w dół i górę w okolicy rzeczonej gondoli przesuwając się dość sennie w tę i nazat. 😉 Kop przychodzi koło południa, uderzamy w kierunku Hinterglemm i okalających go wzgórz. Naszym celem jest Spieleckkogel 1998m, Reichkendlkopf 1942m i Hochalmspitze 1921m. Wsiadamy na fajną, podgrzewaną, ośmiosobową kanapę i przesuwamy się powoli w kierunku celu. Trasy w pobliżu podobają nam się tak bardzo, że na każdej robimy po dwie, trzy rundy by ostatecznie dostać się w wybrany przez nas rejon. Tymczasem wychodzi słońce, stoki spływają wręcz jasną poświatą, co sprzyja mocniejszemu ciśnięciu na krawędzie.
Rejon bardzo nam się podoba, jest bardzo szeroko, pusto i w miarę równo, przesuwamy się w kierunku końcowej stacji, szybki obiad i zaliczamy Spieleckkogel. Przy zjeździe z góry okazuje się, że łącznik jest strasznie wąski i wyślizgany, kolega zalicza lekką glebę, na szczęście bez konsekwencji. Dalszy zjazd przebiega bez zakłóceń, jest twardo, ślisko i ciepło 😉 Pakujemy się w autobus i po pół godzinie jesteśmy w domu. Jutro ostatni dzień i ostatnia część regionu. Łącznie 279km na nartach.
„Jak patrzę na profile części kobiet, które lajkują moje posty, to odczuwam dziką satysfakcję z powodu, że nie znamy się osobiście. O Zeusie gromowładny, byłbym kapitanem żaglowca na falach wzburzonego oceanu, targanym przez wiatry z każdej strony świata, próbującym rozpaczliwie pochwycić końcówki olinowania. Chyba lepiej ciąć maszty w takim wypadku? Dzień, gdy moje libido spadnie do zera, będzie tą chwilą, gdy zasiądę w świątyni dumania, położonej niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego i zapale stare, kubańskie cygaro zwycięstwa nad naturą, przywiezione onegdaj zza wielkiej wody. Ten czas nadchodzi, czuję go zakamarkami duszy, ale jeszcze nie, wciąż nie…jeszcze dzień, może dwa?”
Wczoraj był katharsis po powrocie z trasy, zatem wybaczcie te wypociny, ale gdzieś to trzeba wyrzucić, jak człek żyje w samochodzie niemal. 😉
Zatem? Znów parę spostrzeżeń odnośnie krainy mlekiem i miodem płynącej, niczym mityczne Elizjum dla Maximusa Decimusa Meridiusa. Fakt, że co nieco się ucywilizowało ostatnio, konie zostały zastąpione przez rumaki mechaniczne, dzidy, halabardy i płonące gary pełne smoły przez pieniądze, pozycję życiową, stan napuszenia z powodu obcowania z miss Polonia, co wieczór w wielkim wodnym łóżku itp. To, co się nie zmieniło to podświadomość. O ile Maximus musiał dbać o reputację, nie tylko tnąc w pień bogu ducha winnych Germanów, ale również nosząc potężną, kosztowną zbroję, okrycie z lwa, odpowiednie buty, posiadać konia najwyższych lotów, tak współczesny gladiator musi mieć odpowiednią furę, garnek najlepiej od znanego krawca, buty Bossa no i oczywiście jak słynny gladiator potrzebuje… wrogów. Ciężko dziś o akcje typu przebicie piką bądź dzidą niesubordynowanego pracownika, czy wyzwanie na pojedynek innego człowieka, choć bitwy z okładaniem się telefonami komórkowymi na rondach w Wawie, zdarzają się dość często. Nawet w epoce gender, testosteron musi gdzieś znaleźć ujście, skoro pani utrzymywana przez pana głównie dla wizerunku, wymaga spokoju psychopaty i pewności siebie Marka Aureliusza to nasz biedny, współczesny gladiator musi gdzieś dać upust ciśnieniu. Tym miejscem najczęściej jest… droga. Tak droga, gdzie każdy inny pojazd stanowi wyzwanie i okazję do pokazania swojej przewagi. Celują w tym niedawno awansowani gladiatorzy ujeżdżający klasę średnią, w postaci wszelkiej maści Audi A4 i A6, Passatów, Mondeo czy Avensis, często z silnikiem dwa litry turbo. Dwieście rumaków spokojnie pozwala pokazać miejsce w szeregu kandydatom na wojowników w postaci kierowników Golfów, Opli Astra itp. Najgroźniejsi, bo i najbardziej zacięci są mistrzowie prostej w Audi A8, cztery dwieście w gazie. Czemu? Bo są bardzo ambitni, a prestiż marki mimo popękanych, że starości skór na fotelach wymaga dyktowania reguł reszcie 😉
Uwaga, dziś będzie chaotycznie, ale tak właśnie wyrażają swoje myśli leniwi geniusze, tacy jak ja 😉 Jak ktoś czegoś nie rozumie, zapraszam na priv.
Jako, że pewien funpage wprowadził mnie w błąd i myślałem, że dziś mamy Walentynki, a co za tym idzie, wszyscy prawi, empatyczni i kochający ludzie zostaną wręcz zarzuceni czerwonymi serduszkami, od pełnych dla nich podziwu wielbicieli, to Rafał Skonecki, jako niepokorna kutwa postanowił jak zwykle zaorać nieco ten piękny, chwytający za serce obrazek, sporą dawką gorzkiej prawdy życiowej, która w żaden sposób nie zdejmie złotego papierka z pudełka bombonierek z kloaką w środku, ale może spowoduje, że choć jedna dusza zastanowi się nad tym wszystkim i przejdzie na ciemną stronę mocy (a tak naprawdę jasną, bo natura ziemi, tej ziemi jest pokrętna)?
Lubicie gorzką czekoladę? Ja bardzo, zatem do rzeczy! 😉